
Przed kilkoma dniami na scenie Teatru Polskiego w Szczecinie, w tych dniach na antenie telewizyjnej, a dziś 21 marca 2025, podczas wieczoru inaugurującego III edycję Festiwalu Sztuki Aktorskiej w Łodzi.
„Pogo” – monodram w wykonaniu Marcina Hycnara, laureata ubiegłorocznej edycji tego festiwalu. Rzecz na podstawie książki Jakuba Sieczko, w reżyserii Kingi Dembskiej oraz przy współudziale autora oprawy muzycznej, Radosława Luki.

– No, rzeczywiście, robi się tłoczno… – przesunąłem się pod samą ścianę.
– U nas tak zawsze… – nie kryjąc dumy mówi Małgorzata Trocha. – Ani razu w Łodzi czy w Warszawie nie zdarzyło mi się dostrzec na widowniach puste miejsca. A chodzę często.
– Ile w Łodzi jest teatrów?
– Siedemnaście…
– A ilu Łódź ma mieszkańców?
– Sześćset tysięcy… – potwierdza Ryszard Trocha.
– Ale mimo to, zawsze, na każdej widowni muszą trafiać się puste miejsca…
– Nie u nas – zgodnie potwierdzają moi rozmówcy.
Dziś (znowu?) mieli rację.



Repor-teatr
Zrazu – rozczarowanie. Ale to wyznanie ma charakter bardzo osobisty. Bo ilu takich relacji, opowieści już słyszałem? Do powstania ilu podobnych się przyczyniłem podczas wieloletniej pracy reportera radiowego?
W drugiej połowie lat 70. XX wieku na antenie bardzo cenione były tzw. portrety radiowe. Jakby – strumienie świadomości bohaterów, niekiedy podejrzewano – naturszczyków. Reporterzy z Białegostoku nie mieli sobie w tym gatunku równych. Opowieści bez udziału reportera, bez pytań, za to z efektami dźwiękowymi. Świat dźwiękiem kreowany. Radiowe miniatury literackie. Nowelki dźwiękowe. Poetyce tych gatunków poświęciłem pracę magisterską. Teksty tych reportaży były drukowane na łamach prestiżowego dla środowiska, czasopisma „Kontrasty”.
Skupialiśmy się w klubie Radiowego Reportażu Literackiego. Jeździliśmy na reporterskie „plenery”. Pamiętam ten górniczy. Kilkunastu reporterów z całej Polski, wyposażonych w mikrofony – zjechaliśmy kilkaset metrów pod ziemię. I – bardzo proszę, towarzysze redaktorzy – twórzcie, nagrywajcie, pokazujcie prawdę o życiu górników.
Nic z tych nagrań wartościowego nie powstało. Ale kilkunastu dziennikarzy znalazło się w sytuacji i okolicznościach w ich dotychczasowym doświadczeniu – ekstremalnych. Te wrażenia już buzowały w głowie, mieszały chochlą gęstniejącą wyobraźnię, warzyły kształt reportaży, które dopiero mieliśmy stworzyć.
Pamiętaliśmy o najważniejszej lekcji, jaką dziennikarstwu newsowemu udzielił w połowie XIX wieku Charles Anderson Dana: „To nie jest news, że pies pogryzł człowieka; news jest wtedy, gdy człowiek pogryzł psa”. News zawsze jest tym pretekstem pierwszym. Inspiracją. Newsem może być wydarzenie albo konstatacja. Wiadomość dla nas, autorów – odkrywcza, ważna, zaskakująca, inspirująca.
Mnożyły się więc relacje z więźniów z wyrokami dożywocia czy wyznania skazanych na karę śmierci, spowiedzi byłego mnicha, seanse z jasnowidzem i spirytystą, konserwatorem nieznanych obrazów, eksperymentatorem, fizykiem dziedzin nieznanych, panią sprzedającą wodę sodową na szklanki, pielęgniarzem ludzi pozostających w wieloletniej śpiączce, naukowcami z eksperymentalnej kapsuły podwodnej, którzy przez trzy tygodnie w laboratorium „wynurzali” się na powierzchnię z głębokości ośmiu kilometrów, … Ten reportaż pamiętam doskonale. Ojciec na zewnątrz, jego syn w kapsule. Od precyzji prowadzenia dekompresji, zależało życie syna. Filmowaliśmy tę ojcową twarz, precyzję ruchu ręki, wzrok skupiony na wskazaniach mierników. Udało się.
Żadna z wymienionych tu osób nie robiła w ich mniemaniu nic nadzwyczajnego. Ale o specyfice tej pracy tysiące innych ludzi nie miało najmniejszego pojęcia.
I dlatego nie dziwi mnie w teatrze odkrywanie życiowej „orientalistyki”, która uwagę widzów potrafi przykuć na dobrą godzinę.
Jeśli jeszcze narracja jest prowadzona ze swadą, efektownie, ma momenty zwrotne, zaskakujące i nieustannie pobudzające zainteresowanie widzów – mamy do czynienia z… teatrem?
Teatrem, który teatrem nie jest. Autorzy i aktorzy wykorzystują wszystkie środki wyrazu, by opowieściom nadać „artystyczny” kształt, ale to jeszcze nie jest teatr.
Teatrem nie jest „Najszczęśliwszy dzień” (rzecz o Elżbiecie Czyżewskiej), nie jest „Pogo”. Czy jest nim historia „Simona K. wołająca na puszczy”? Agnieszka Przepiórka napisała na temat monodramów doktorat.
To wszystko są teatralne reportaże. Udramatyzowane fotografie. Inscenizowane biografie. Relacje. Zapisy dokumentalne. Zbeletryzowane dokumenty. To są monodramy. Ale to nie jest teatr!
-Tak, ma pan rację, pańskie określenie „reportaż teatralny” i mój „bioteatr” to chyba kategorie zbieżne.
Temat na osobną relację.

Gdzie jest teatr?
Jest we mnie. Rozsadza mój świat od środka. Świat, o którym nikt nie ma najmniejszego pojęcia. Ja sam, jakże często, nie chcę o nim myśleć. Bywa tak okropny. Teatr siłą wkracza w tę intymność łamiąc szlabany i bariery, wszystko wyrzuca z szuflad, wybija szyby, tłucze naczynia, pali książki. I stawia bezgłośne pytania. Odpowiedzi na nie będą ważne tylko dla mnie. Taki teatr nie sugeruje i nie podpowiada rozwiązań. On je mnoży, plącze, gmatwa. Teatrem jest „Heartburn”. Po spektaklu czułem się jak zetlała koszula wyprana na tarce, tej ręcznej pralce i dlatego tkanina mojej pewności siebie rozsypała się na włókna, których chyba nigdy nie pozbieram.
Jeszcze gorzej, bo obarczony winą pokoleniową – nie miałem nic sobie do powiedzenia po spektaklu „Clean girl”. Pewną formą terapii okazała się wieczorna rozmowa z woluntariuszami, uczniami klasy teatralnej łódzkiego gimnazjum i studentkami wydziału organizacji teatralnej, o czym opowiem ze szczegółami, z których każdy – boli.
Zakładałem, że po każdym spektaklu tego festiwalu natychmiast napiszę i opublikuję choćby ogólnie zarysowaną recenzję. Przeliczyłem się. Ciężar gatunkowy spektakli, rozmowy z artystami i widzami uświadomiły mi, jak wysoko uniesiona jest intelektualna i emocjonalna propozycja repertuarowa Teatropolis.
Labirynty
To dość uproszczone porównanie: Ariadna i jej nić. Ona pomaga nam wyjść z labiryntu, zawsze skutecznie. Natomiast teatr wprowadza nas w labirynt życia nigdy nie sugerując, dokąd w nim dojdziemy. Zakres naszej wędrówki uzależniony jest od naszego wyksztalcenia, obycia, wrażliwości, empatii, odwagi w myśleniu i śmiałości w stawianiu tez. Ważne – aby dobrze znosić labiryntowe, życiowe niepowodzenia. Wykorzystywać je do formułowania nowych pytań, a nie zamykania się w świątyni stresu i depresji.
Jest jeszcze jedna rzecz. Nie wiem czy potrafię, ale spróbuję ją nazwać. Życie na gorąco… Najpierw mała rekapitulacja.
Z mojego reporterskiego doświadczenia najbardziej utkwiły mi w pamięci trzy reportaże z porodówki (pierwszy z 1975 roku). Wtedy, w dniu moich imienin, otrzymałem zadanie, aby o północy nagrać reportaż o narodzinach pierwszego szczecinianina w trzydziestą rocznicę wyzwolenia miasta (26 kwietnia). Proste, pomyślałem, pożegnałem moich gości okrzykiem: zaraz wracam! To zaraz trwało wiele, wiele lat. Ugrzązłem. Bo po porodówkach rejestrowałem opowieści rybaków z tonącego kutra, marynarzy w kipieli sztormów na oceanie, milicyjnych (tak, tych z lat siedemdziesiątych XX wieku) psychologów. Cała, jakże dramatyczna seria wyznań marynarzy z okresu II wojny światowej. Do niektórych z tych relacji wracam dopiero dziś (ukazują się na łamach kwartalnika „MORZE”). Nie wiem, czy zdążę opublikować 80% zapisów przed laty wstrzymanych przez redakcję, przez cenzurę lub opublikowanych w okrojonych fragmentach. Jak choćby „Oko w sieci”, a to tylko dlatego, że w Radiokomitecie w pewnym momencie niewiele osób było w stanie Andrzejowi Turskiemu powiedzieć: nie. Ale nawet mój kolega „ściął” materiał do ośmiu minut, usuwając najbardziej drastyczne fragmenty z czterdziestu przeze mnie zmontowanych, a wybranych z ośmiu godzin nagrania reporterskiego.
Może wreszcie opublikuję relacje latarników, pierwszych osadników, więźniów skazanych na śmierć, a osadzonych we Wronkach, dziewczyn z poprawczaków. Byli wśród tych rozmówców narkomani (leczący powojenne traumy) i włamywacze, ogałacający sejfy politycznych bonzów, którzy wzbogacili się na przejmowanych poniemieckich majątkach. Inni towarzysze – a ostatnio przypomniał mi tę historię jeden ze świadków tamtych dni – wpadali do Muzeum Narodowego, by zdjąć ze ścian lub wybrać w magazynie jakiś „nieduży obrazek dla towarzysza, który miał właśnie urodziny. Ten towarzysz, wiecie, lubi obrazy”.
– Ale mały, dajcie, bo w willi towarzysza wszystkie ściany są już zajęte.
Byli wśród moich rozmówców wychowankowie domów dziecka, tych powojennych. Sieroty i bezdomni zrzeszani w Ochotniczych Hufcach Pracy, w Szkołach Jungów.
W teczce wyjętej kiedyś ze śmietnika, leży dokumentacja szkolnej zabawy. Towarzysz z Polskiej Partii Robotniczej (PPR) był na zabawie aktywu Związku Młodzieży Polskiej (ZMP) i zauważył, że kolega z koleżanką tańczą w sposób nieprzyzwoity. Dwa lata trwało łamanie tych młodych. I złamano im życie. Wracać do tych historii?
Najbardziej ze wszystkich utkwił mi i ciągle pulsuje w wyobraźni moment, gdy latarnik z Niechorza postawił kropkę po ostatnim zdaniu swojej opowieści, wyszedł na platformę okalającą serce latarni i spojrzał w morze. On ciągle, na jawie i we śnie widział morze spod Dunkierki, w czasie akcji „Dynamo”, gdy jego okręt został storpedowany, a on – jak opowiadał – porwany falą spadał z pokładu w morską kipiel i widział, jak żywioł urywa mu jego rękę. Jego druga dłoń chciała pochwycić siostrę, ale kolejna fala porwała strzęp z palcami próbującymi się czegoś uchwycić. Bezskutecznie. Dziś (a opowiadał mi o tym ponad czterdzieści lat temu), układając głowę do snu, marzył, że kiedyś oprze ją na utraconym przedramieniu.
Albo Tadeusz Piktel.
Wiedział on i wiedzieli jego współtowarzysze, że jeszcze chwila, jeszcze moment, a umrą z głodu. Za drzwiami chaty – syberyjski, sześćdziesięciostopniowy mróz. Czy poza granicą widzianego świata, okrytego metrowymi zatorami śniegu znajdą ratunek? Nikt nie wiedział, w którą stronę wyruszyć, by znaleźć coś do jedzenia.
Poszli. A dzień był jasny jaki tylko może się trafić w niebie. Kierunek marszu wybrali bezwiednie.
– Szliśmy „drogą świątków” … – tak nazwał ją pan Tadeusz w moim reportażu. – Drogą usłaną skulonymi, zamarzniętymi ludźmi, którzy także postanowili szukać ratunku. Nie udało im się dojść dalej niż do miejsca cichej śmierci. Ale my mieliśmy wspaniałą pogodę, cudowne słońce, światło, szliśmy naprzód, w blask, a nie w mrok.
Samotna chata, jaką ujrzeli pod koniec dnia, nie była fatamorganą.

Życie na gorąco
To nie jest tylko chwytliwy tytuł. To metoda. Sposób na czytelniczy sukces. I teatralny.
Opowieści o pracy ekip ratowniczych – potrafią oszołomić ludzi, którzy przez całe życie, codziennie, osiągają niebywałe sukcesy przy deskach kreślarskich, w laboratoriach, biurach księgowych, szkołach, firmach import-eksport. W miejscach cudownie i beznadziejnie powtarzalnych czynności. Towarzyszy im rutyna życia domowego. Comiesięczna kwota na obligacje lub spłatę rat, zakupy wiosenne, wakacyjne, wymiana auta na większe, nowy telewizor, wesele córki…
Nikt nie ma czasu, by zauważyć pierwszy siwy włos, powiekę, która zaczyna opadać i coraz krótszy krok. Siódma rano wyjście, osiemnasta powrót, dzieciaki, wiadomości, jakiś film, szybki seks, prysznic wezmę rano, bo już nie mam siły i da capo. Da capo. Da capo.
W teatrze siedziałem obok niezwykle dystyngowanej damy. Reagowała na spektakl „Pogo” bardzo żywiołowo. Każdym nowym pretekstem ze sceny wręcz się zachłystywała. Prawą dłonią nieustnie poprawiała połę rozciętej spódniczki, lewą korygowała niezwykle finezyjnie, geometrycznie wyprofilowany dekolt. Co kilka minut otwierała torebkę, wyjmowała pomadkę, przecierała nią wargi. Czekałem, aż się wreszcie wygodnie rozsiądzie, ale ona ledwie przykucnęła na fotelu. Byłem pewny, że za chwilę spojrzy na partnera, że złamie ten cykl może sześciu, siedmiu nieustannie powtarzanych gestów.
Nie doczekałem się.
W kolejce do szatni znów znaleźliśmy się obok siebie. Moja nieznajoma spotkała przyjaciółkę. Obie mówiły równocześnie, co u nich nowego. Ginęły w pianie piętrzących się i wyszukanych określeń: cudownie, fantastycznie, zaskakująco, rewelacyjnie, bosko…
A może – myślałem – to one właśnie tworzyły… teatr?
Mówią: wystarczą dwie osoby: jedna mówi, druga słucha.
No tak, ale te panie mówiły do siebie bez przerwy.
Szukam teatru
Andrzej, prekursor operacji laparoskopowych, może żartował, może nie…
– Idź przodem, tylko proszę – staraj się stąpać delikatnie, bo mi tymi buciorami wszystkie grzyby rozgnieciesz.
Tak, wypuszczał mnie przodem, bo ja – nieświadomie i bezwiednie, wyczuwałem grzyby, ale ich nie widziałem. Andrzej szedł za mną niemalże na czworakach.
– Stój, nie mam już miejsca w koszyku.
Jak znaleźć teatr dziś? Gdzie w atrakcyjnych opowieściach z teatralnej sceny jest jeszcze szary świat nasz własny, ale tak bardzo nieuświadamiany, bo przykryty pancernymi warstwami komercji i zaskakujących zwrotów akcji, płonących wieżowców, katapultujących się w finezyjnych skokach z obrotami samochodów biorących udział policyjnych pościgach. Jak wyłuskać z golizny i wulgarności ślad zakodowanego pytania, na które… nikt nie potrafi – dzięki Bogu – udzielić mi odpowiedzi?
Krioterapia, fitness, lampy naświetlające, komory baryczne, salony masażu… Wszystkie terminy na najbliższy miesiąc zajęte. A ja chciałbym, choćby na dostawkę, do teatru. Na jeden mocny spektakl. Na jakaś małą sztukę, może być nawet bez reflektorów, bez szminki, bez efektów dźwiękowych. Chciałbym, aby ktoś zadał mi pytanie. I zobowiązał do poszukiwania na nie odpowiedzi.
Ludziom starym proponuje się logiczne łamigłówki, testy na spostrzegawczość, by trwali w umysłowej sprawności na poziomie Einsteina. Nigdzie nie spotkałem sugestii, że teatr należy do sposobów najlepszych w tej materii. Bo nie każe nam szukać dwóch klocków z wizerunkiem cytryny, ale sytuacje sceniczne odnosi do mijającego życia. Zmusza do rozwiązywania, a nie kolekcjonowania problemów.
Teatr efektowny, pełen ekwilibrystyki i fikołków – bawi, raduje, odpręża. Mija wraz z opadającą kurtyną… Jak ten show w wykonaniu pani Barbary Garstki, która rzeczywiście, „weszła” niemalże biologicznie w postać Elżbiety Czyżewskiej. Pani Garstka o bohaterce swojego spektaklu – nic przed niespełna dwoma laty nie wiedziała. O tej dla mojego pokolenia – ikonie sztuki aktorskiej lat 60. i kolejnych XX wieku. Podobnie jak scenarzystka, Magdalena Małecka-Wippich – obie tworzyły ten spektakl z pokoleniowej, pamięciowej pustki. Udało się. Efekt gromko nagrodzony oklaskami. Ale… ale… ale…

Iluzja cenniejsza niż prawda
„Pogo”…
Gdyby z widownią teatru Teatropolis spotkał się autor, a zarazem prawdziwy bohater tej opowieści, może wzruszyłby nas, może nakłonił do refleksji, zawstydził. Pewnie poczulibyśmy wtedy to… najpierw ukłucie, potem wprowadzany do krwioobiegu lek, a po spektaklu wychodzilibyśmy z ramieniem zgiętym, dociskając tampon w miejscu iniekcji. Przez kilka kolejnych dni widzieliśmy ślad po tym spotkaniu z prawdą o pracy ratowników medycznych.
Ale ten lekarz nie stworzyłby tak idealnej iluzji w iście hollywoodzkim stylu – którą śledziliśmy wręcz na bezdechu, a ten – jak powszechnie wiadomo – nie jest reakcją korzystną z punktu widzenia naszego zdrowia.
Cały spektakl to „jazda bez trzymanki” przez świat braku odpowiedzialności, skretynienia, degeneracji, opuszczenia, głupoty, samotności, marginesu, nonszalancji. U kresu tej gonitwy na sygnale jest… marzenie: drink z parasolką. Albo książka z zaznaczonymi stronami do pominięcia podczas lektury, bo na tych kartkach opisane zostały choroby, wypadki, nieszczęścia.
Ale, ten drink z parasolką… Taki… kicz. A zarazem świetlany przedmiot pożądania ratownika medycznego. Oś i centrum świata, w którym chcieliby oni się skryć, uciec, nieustannie do niego … wracać?
A to jest możliwe. Każdy z ratowników zna tę drogę. Wiedzie ona szlakami, którymi nie przez teatr i scenę, ale przez miasta mkną ich karetki, rozświetlając ściany mijanych domów niebieskimi światłami i przerażającym dźwiękiem syreny alarmowej.
