
Idzie człowiek ulicą, spieszy się, patrzy, by nie wdepnąć w kałużę, nie skręcić w lewo zamiast w prawo, a tu wokół tylu ludzi. I samochody narowiście oczekujące na zmianę świateł. I nagle – jakaś myśl. Ten mężczyzna, który nas właśnie minął… Oglądamy się, ale on oddala się równym, miarowym, spokojnym krokiem, jakby nie szedł, a prawie go nieśli… (Doskonała jest ta piosenka o cysorzu…)
Dziwak jakiś, a może kosmita?
Ani się taki nie uśmiecha, nie ma pod pachą reklamówki ani aktówki, szal też jakoś jakby krzywo zawiązany, włos przez pomyłkę tylko uładzony i zaczesany. Ale najbardziej intrygują nas te jego oczy. Bo kto może tak patrzeć na, na właściwie nic… Ulica jak ulica, popołudniowy, przygasający ruch, a on, skoncentrowany jak snajper w środku księżycowej nocy, mierzący w tę białą lamkę na granatowym niebie.
Tacy oni są. Kolekcjonerzy.
Byli kiedyś cykliści, bikiniarze, okularnicy, a teraz – są kolekcjonerzy. Niby idą i patrzą, a duchem – siedzą i wpatrują się w swoje obrazy, rzeźby, zbiory, okazy, unikaty i… myślą, czy to, aby nie falsyfikaty?
Czytają, studiują, porównują. No, nie ma wątpliwości – oryginał! Egzemplarz jednostkowy, niepowtarzalny, tak jak ja, kolekcjoner – wyjątkowy.
I ta myśl cieszy ich i w błogi stan wprawia.
Potem, spotykają się i jeden drugiego testuje.
– A co tam
– A nic tam
– A nowego coś?
– A coś.
– Z tego?
– Nie, z tamtego
– A to tam jest coś jeszcze nowego?
– I to jakiego…
Ale żaden nie zapyta drugiego – a skąd, a za ile, a za co, w jaki sposób?
To wiedza tajemna i poufna. Tak dalece nierealna, jak dialog, który przytoczyłem.
Uwierzyli mi Państwo? Bo ja sobie nie.
Siedziałem więc wczoraj w ich gronie. Kumple z wojska – o poligonie i ćwiczeniach, samochodziarze o gaźnikach i oponach, kobieciarze – o domniemanych sukcesach, a oni, kolekcjonerzy?
A – nie powiem. A kto chce wiedzieć – może przyjść i nie tylko posłuchać, ale wręcz samemu zabrać głos. Bo w takim gronie ujawnia się nasza naturalna potrzeba mówienia o rzeczach i stanach ducha pięknych, nieoczekiwanie odkrytych, porównywalnych z sukcesem Krzysztofa Kolumba!
I tu odsuwam na bok całą krotochwilność tego felietoniku.
O! Zniknął – wraz z żartobliwym tonem zniknął i on cały? No to wracam, do tego z pozoru tylko humorystycznego tonu. On jest kolekcjonerom tak bliski jak rama każdemu z obrazów.
Rozmowy o sztuce, o pięknie, wywracają nas, jak gdyby, „na drugą stronę”. Wtedy ujawnia się nasza wrażliwość i bezpretensjonalność. Znikają konwenanse i ograniczenia. Bo sztuka jest wolna od jakichkolwiek rygorów czy barier.
Wyzwala i uskrzydla.
I tak siedzę, i tak wyobraźnia mi podsuwa kolejne obrazy, jak choćby taki: oto kolekcjoner Z. „wzlatuje” nad stolikiem, przy którym siedzimy, a te z pozoru maleńkie jak u amorka skrzydełka, pod sam sufit niosą chłopa mocarnego w jego zachwycie nad najnowszym zakupem. I tylko gospodarz lokalu (ten to dopiero jest kolekcjonerem!) z przerażaniem obserwuje lot kolegi Z. i prosi go, by ten sufitu skrzydełkami nie zarysował.
A tu, do lotu zrywa się następny, o, już lewituje! I łzy roni! Opowiada, że musiał zdjąć jeden obraz, bo nie miał już miejsca by powiesić nowy. W nocy wstał, nowy zdjął, stary powiesił, nowy przy łóżeczku ustawił, ramieniem go objął. I wtedy wreszcie poległ snem kolekcjonerskim. Inni zbieracze, wzruszeni opowieścią szefa, westchnęli tylko szeptem potakując: rozumiemy cię, rozumiejmy bardzo.
Kolekcjonerzy…
Już samo to słowo przypisuje ich do oczywistej grupy jakże emocjonalnie zdefiniowanej. Kolekcjonerzy – kirasjerzy, huzarzy, kawalerzy, pasterzy, maruderzy… Ups… Chyba zmysł rymowania mi się zaciął. Potrzebna porcja artystycznego AdBlue. Ta pojawi się z kolejną filiżanką kawy, na kolekcjonerskim spotkaniu…
Czwartkowym, przy Końskim Kieracie (sztuki)!