
UWAGA: najciekawsze – jak zazwyczaj – na końcu felietonu. Aby takim się jednak stało – wymaga niniejszego wprowadzenia:
Od pierwszej chwili, gdy ich poznałem, wiedziałem, że mam do czynienia z indywiduami o niejasnej, nieoczywistej, zakamuflowanej i oczywiście – podwójnej oraz dobrze zamaskowanej tożsamości.
MI5 i MI6 oraz wszyscy Jamesowie Bondowie niech się mają na baczności. Oto grupa spec znaczenia i spec przeznaczenia. Dla lepszego kamuflażu, mówią o sobie: kolekcjonerzy.
No, proszę, niech taki Anglik czy Francuz wymówi to słowo? I co?
Po pojawieniu się Grupy Kolekcjonerów, szeregi tajnych służb alianckich przeszły gruntowną weryfikację. Ostał się w nich tylko jeden. Znam go. Reszta odpadła, bo jak mieliby ci agenci przeniknąć do najbardziej tajemniczej grupy kilkudziesięciu mężczyzn, skoro nie potrafią poprawnie wypowiedzieć ich krypto-kamuflażu?
No, proszę spróbować: k o l e k c j o n e r z y.
Sprytne posunięcie. Ciekawe, który z nich wpadł na pomysł tej nazwy.
Ale, ja, podchorąży rezerwy, dobrze przeszkolony, z półroczną praktyką w służbie, od razu się zorientowałem – kim oni są – ci k o l e k c j o n e r z y.
Ustaliłem… Żaden z nich nie jest malarzem. Ani jeden nie ukończył studiów z zakresu historii sztuki, literatury, czy choćby haftu ręcznego lub dziewiarstwa przemysłowego.
Są inżynierami, biznesmenami, żeglugowcami, serwisantami, dystrybutorami a nawet chirurgami, co – jak zajdzie potrzeba – nie cofną się nawet przed amputacją tego czy owego „kretowi”, który przeniknął by w struktury ich siatki. Zrobią to z naukową znajomością i wirtuozerskim wdziękiem, znieczulając „pozoranta” obcych sił – siłą woli i wahadełkiem prezesa. Tak, tak, ich prezes ma przy sobie wahadełko. Ale – sza… Ciii… Ani słowa. Bo o czym będę pisał w trzecim odcinku?
W gruncie rzeczy nie idzie o tę czy tamtą część naszej doczesności, a o dostęp do informacji! Jakich? Wyjaśnię na końcu felietonu.
Są zatem kolekcjonerzy grupą, która każe mówić o sobie, że są np. miłośnikami. Tak! Potwierdzam! Ale nie takimi (nie tylko takimi) o jakich Państwo pomyśleli. Na każdym spotkaniu ubijają kogel-mogel z nazwisk twórców, epok, technik malarskich, stylów, a ulubioną ich zabawą jest odgadywanie nazw kolorów np. lakieru nowego auta ich szefa. Nikt nie wiedział, że to… Pst… Tajemnica. Powiem tylko, że jeszcze nigdy nigdzie nie został wyprodukowany samochód o karoserii w takim właśnie kolorze. Czy teraz rozumieją Państwo jak groźna i wszech wpływowa jest to grupa? Auto w jedynym na świecie kolorze trafia w ręce szefa tej grypy! Przypadek? Nie sądzę.
Na jednym z ostatnich zebrań pojawił się temat pewnej alabastrowej piękności, która od wielu miesięcy stoi w kąciku ich kryjówki przy Końskim Kieracie. Ich wiceszef ujął kibić wychłodzonej dziewicy, powiódł bielą jej ciała przed oczami zebranych ekspertów, a ten z włosami, które na widok niejednego już piękna wszystkie – poza siwizną – kolory utraciły – hipnotycznie zatrzymał rękę vice prezesa, by móc przyjrzeć się owej zwiewności w alabaster zaklętej.
Cóż za perwersja kamuflażowa. Statuetka stoi w ich kwaterze od wielu, wielu miesięcy Przychodzą tam w gruncie rzeczy z jej przede wszystkim urody. A udają, że jej nie widzą. Jeden z nich kazał się nawet w towarzystwie owej w sposób niewymuszony nieodzianej do końca nimfości – sfotografować!
Koneserzy… Kawę piją pasjami. Ale jaką! Od „kawy” zaczynają. Ich szef znika za trzema winklami kolekcjonerskiej kwatery, wydaje z siebie (on mówi, że to jego maszyna) chroboczący dźwięk, po czym przynosi tę kawę… w porcelanowej, delikatnej jak woal przed mężatki filiżance. Kawę… Tak o niej mówią, ale czy to jest kawa? Kto po zwykłej kawie buduje zdania jak pędzlem malowane, kolorowe i barwne, zaskakujące rytmem i frazą? Zachowują się tak, jak kawalkady aut na skrzyżowaniu, przy którego sygnalizacji świetlnej ktoś bawi się rozkosznie przełącznikiem świateł, zmieniając je w karuzelowym tempie i porządku, Tu czerwone, tam zielone, gdzie żółte być powinno, bo takie przychodzi po czerwonym, gdy obok gaśnie zielone. Proste i oczywiste. Ale nie dla nich. Co za wyrafinowany algorytm rządzi ich debatami! Ciekawy jestem, gdy przychodzą do domu, a ich kustosz małżeński mówi: wynieść Jasiu śmieci, potem obierz ziemniaki, bo ja idę do kosmetyczki – ciekaw zatem jestem, jak na takie hasło odpowiadają ci super agenci kolekcjonerstwa? Petrarką czy Owidiuszem? A może Hołownią z katechizmem lub Wałęsą z konstytucją?
Strasznie trudny do rozszyfrowania mają ten kod ich wewnętrznego porządku. Aż boję się pomyśleć, co by się wydarzyło, gdyby zwołali nagle zebranie w noc wigilijną i stanęli pośród wszystkich swoich obrazów, i wzorem tajemnicy tej jednej jedynej nocy w roku – nagle przemówili! Do swoich obrazów… A obrazy by im odpowiedziały? I Saskia, i szef patrolu nocnego, i lecące żurawie a także sam Apollo Nagus?
Fascynująca grupa.
O właścicielu galerii mówią, że… dużo wie. Jakie to obrazy przez jego ręce przeszły! A ile ram! Gość wie, co u kogo w sypialni wisi. Ta wiedza, z wywiadowczego punktu widzenia – jest bezcenna. Któregoś dnia, przy wejściu do galerii, spotkałem pewną damę, chrząknąłem, by wyrwać ją z zamyślenia, ale tylko w celu uzyskania swobodnego dostępu do przejścia i wtedy usłyszałem…
– I o co ja miałabym go zapytać? On wszystko wie. A ja?
Proszę Pani. Wypełniłem misję, której mi pani co prawda nie powierzyła, ale w agenturalny sposób, zakamuflowany i poufny zapytałem tego dżentelmena, czy rzeczywiście wie o sztuce wszystko?
– Nie, ależ skąd! – odpowiedział z szybkością zdradzającą, że mówi prawdę.
Widzi Pani, nie taki z kolekcjonera docent, na jakiego wygląda. Z niecierpliwością czekać będę na kolejne z Panią spotkanie, w tym wąskim przejściu do wejścia, abyśmy wchodząc – mogli wejść, by pozostać tam bez wyjścia.
Kolekcjonerzy…
Mam nadzieję, że darują. mi tę kolejną krotochwilność w ich charakteryzowaniu. Bo nie powiedziałem jeszcze o najważniejszym – to strasznie pogodni, weseli i doceniający dowcip panowie. A potencjalnym kolekcjonerkom chcę podrzucić pewną konstatację. Czy panie wiedzą, że oni wszyscy są skandalicznie porządni? Oni są tak niemiłosiernie ascetyczni i zdyscyplinowani, że nawet się paniom o podobnych oryginałach nie śniło. A porządek utrzymują wokół siebie taki, że sam nie mogę wyjść z podziwu. Bo oni mają wokół siebie tylko… dzieła sztuki. Nic innego. Więc w ich pokoju nic nie leży za fotem, pod kanapą, nie wisi na żyrandolu ani nie stoi jak trup za drzwiami. Z takim kolekcjonerem to życie jest wolne od udręki sprzątania i układania. Bo tam nic nikomu ruszyć nie wolno, a zmienić miejsce eksponatu lub – o zgrozo – przewieszenie obrazu w bardziej nasłonecznione miejsce – to pewność wybuchu kolejnej wojny domowej.
Gdzie znajdziecie takie oryginały!
I są solidarni. W myśl pamiętnego hasła: kolekcjonerzy i kolekcjonerki wszystkich dziedzin sztuki – łączcie się!
Każdego nowego w swoim gronie traktują jak dzieło sztuki.
Obcemu dotknąć go nie pozwolą. Postawią pośrodku, sami wokół niego usiądą i będą wzdychać, i się delektować, marzyć i kontemplować. Taki okaz, ale to aż taki okaz nam się trafił! (to o was, drodzy Czytelnicy, potencjalni kolekcjonerzy).
Może się zdarzyć, że na wystawę takiego nowicjusza zabiorą, na postumencie ustawią, kartkę przykleją – z napisem: Kolekcjoner – stan: nowy; pochodzenie: wyjaśniane; zasoby – dokumentowane. Przeznaczenie – wszechstronne i nioczekiwane.
Przysposobią i opieką otoczą onieśmielonego neofitę.
– Moja! – będą mówić zwiedzającym. – Mój ci on jest. Najlepszy z całej kolekcji
– A kolekcja duża? – zapyta ktoś w sposób pozbawiony wyczucia.
– W pokoju – miejsca już nie ma.
– A w komorze?
– A w komorze to i przedrzeć się nie może. Ale ta – najpiękniejsza.
Ale, ale… obiecałem, że najważniejsze będzie na końcu felietonu.
A ten właśnie się skończył?
I co teraz?
Mój znakomity kolega ma doskonałe wyjście z tej – nie dla niego, oczywiście – niezręcznej sytuacji – bo gadułą jest lepszym ode mnie.
– Ale ja się rozgaduję, pani Różo, przecież pani o tym wie… – i nie bacząc, że czas wystąpienia przekroczył już dwukrotnie, rozkłada ręce w geście bezradności i dalej bawi towarzystwo dykteryjkami i naukowymi wnioskami.
Wszyscy to zrozumieją, szanują i nie protestują.
– Bo ten Pan się przecież rozgaduje, każdy z nas o tym wie.
Proszę się nie martwić, pojutrze napiszę nowy felieton, a w nim tę ważność opiszę.