
Poprawiać! I przyłożyć mocnym słowem!

Ach, gdybym posiadał Pańską umiejętność skrótu i precyzji myśli…
Niestety, odpowiedź będzie dłuższa.
Pisze Pan: „Dej Pan pokój”.
Ale nie mogę.
Kiedy dwa lata temu pan Semka do mnie zatelefonował (nie znaliśmy się i nie znamy do dziś osobiście) z prośbą o pomoc – zawahałem się. Poza uprawianiem zawodu, i to w skrajnie odmiennym aspekcie etycznym, politycznym – uznałem jednak, że kapitan Matyjewicz-Maciejewicz, szkoła morska powinny się znaleźć w książce o pierwszych powojennych latach Szczecina. Pan Semka skarżył się, że w szkole morskiej nie mają zdjęć Macaja – więc udostępniłem kilka fotografii. Podpisałem: kapitan Konstanty Matyjewicz-Maciejewicz.
Kilka tygodni później pan Semka zatelefonował – książka już gotowa, polecam, zapraszam na spotkanie.
Zamówiłem trzy egzemplarze. Przeprowadziłem z panem Semką długą rozmowę. Autoryzowałem ją. Ale wniesione przez pana Semkę poprawki na egzemplarzu do autoryzacji (wbrew prawu prasowemu w odniesieniu do istoty autoryzacji) zwróciły moją uwagę. Przysiadłem do lektury książki. W miarę czytania – tekst, który ostatecznie opublikowałem w trzecim numerze „TVSiódemka” (dostępny nieodpłatne na stronie www.tvsiodemka.pl) nabrał nowego wymiaru. Zawiera wypowiedzi autora, ale także pierwsze krytyczne komentarze i zauważone błędy oraz nieścisłości albo zwykły bałagan edytorski.
Reakcja Czytelników na ten artykuł zapowiadała, że moje zainteresowanie publikacją nie skończy się na tym jednym tekście.
Rozmawiałem ponownie z panem Semką. Przytoczyłem pierwszą listę błędów. Autor pospiesznie zakończył rozmowę stwierdzeniem – przepraszam pana za kapitana Maciejewicza.
Dlaczego? Bo w książce, kilka razy nazwisko człowieka – największej legendy polskiego morza zostało zniekształcone: Matyniewicz. Wszystko co dotyczy tej postaci na kartach „Najdalszej Polski” jest nieporozumieniem.
Z każdym dniem otrzymywałem coraz to nowe wiadomości o kolejnych wątpliwościach i błędach.
Hm… Skoro tak wiele osób (pan Semka określił to w rozmowie ze mną – „w wielu miejscach podano mi czarną polewkę”), odmówiło Autorowi dostępu do źródłowych materiałów, to co on stworzył? Jaki obraz Szczecina prezentuje „Najdalsza Polska”? Mamy więc opracowanie z urodzenia skażone brakiem pełnej panoramy miasta i regionu, odzwierciedlającej tamten szczególny okres? W mailu od historyka, pana dr Tomasza Ślepowrońskiego przeczytałem: „Autor ma prawo do swojej wizji historii, bo nie ma przecież jednej jej wykładni”.
No to ja przestaję cokolwiek rozumieć… Powstaje dzieło, z śmiesznym podtytułem – „Szczecin 1945-1950. Próba ilustrowanej monografii miejskiej metropolii na Ziemiach Zachodnich”. Kto znajdzie w sobie dość sprytu, aby rozszyfrować tę szaradę? Co chciano przykryć woalką jak ten podtytuł? Albo robimy monografię, piszemy dzieje albo zmiatamy okruchy ze stołu i sprzedajemy jako kruszec. Historia powstania tej „próby” dowodzi, że autor nie popełnił dzieła świadomego, a jedynie skleił to, co udało mu się zgromadzić. Nie odrzucił świadomie materiałów i zagadnień, bo nie były one zgodne z jego „wizją historii” tylko pominął je, bo mu odmówiono dostępu do materiałów źródłowych.
Jestem na spotkaniu poświęconym malarstwu szczecińskiemu. Dyskutujemy o najbliższej wystawie. Jeden z kolekcjonerów, a zarazem postać niezwykle rozpoznawalna w mieście poprzez swoje kompetencje zwrócił się do mnie wprost: nie o każdym bublu musimy pisać. Jakbym Pana słyszał… Ja – mówił ów znawca dziejów tego miasta – nie dałem autorowi zdjęcia z mojej kolekcji na okładkę książki, choć tyle razy o nie prosił. Nie!
Górna jedynka – wybita! Uśmiech czarujący. Cel doraźny osiągnięty.
Ale książka wychodzi z drukarni, staje się faktem. Szczecin 1945-1950. No, jakby nie patrzeć – dzieło ponad 5,5 kilogramowe!
Nikt z mediów szczecińskich nie zareagował na tę publikację. Inne – pieją z zachwytu. To komercyjne reklamy! Wspaniałe, niepowtarzalne, pomnikowe, unikalne dzieło!
Ja kupiłem trzy egzemplarze!
Później poprosiłem wydawnictwo o wgląd w opinię naukowców. Odmówiono mi. Napisałem do naukowców, recenzentów, konsultantów. Milczenie grobowe. Odezwał się pan dr Tomasz Ślepowroński. Ciągle jestem pod wrażeniem pewnych aspektów tej odpowiedzi. Ponieważ sam zadeklarował, że sprawdzi, czy jego uwagi do książki zostały uwzględnione przez wydawnictwo, wczoraj zapytałem o efekt tej interwencji. Dziś rano (1 kwietnia) otrzymałem list. Odpowiedź nie zamyka sprawy – wręcz odwrotnie. Dlatego nie omówię teraz podjętych tam kwestii.
Reasumując:
Trudno o kałuży pisać z poziomu białych tenisówek. Trzeba w tę kałużę wejść. Zrobiłem to.
Czy zna Pan „Najdalszą Polskę”? Ale wie Pan doskonale, że egzemplarze obowiązkowe już są w bibliotekach, już bibliografie odnotowują ukazanie się tego tytułu. Domyśla się Pan, że ludzie poszukujący najświeższych publikacji – sięgną po tę książkę i na jej fundamencie budować będą swoją wiedzę o czasach i miejscu. Przecież w stopce wymieniono tam trzech naukowców i fachowców: profesor, doktorzy, redaktorzy, edytorzy – nikt nie zwątpi, że to poważna, budząca zaufanie pozycja.
W książce nie ma indeksu i bibliografii. Autor bardzo nad tym ubolewał. Gdyby był indeks – „Najdalsza Polska” – zyskałaby status wydawnictwa NAUKOWEGO!
Autor mówił mi: „musiałem zamknąć sprawę do 31 grudnia 2024, bo przepadłaby ministerialna subwencja”.
W ostatniej chwili autor poleciał do Kanady, do syna wojewody Borkowicza, który odmówił udostępnienia zdjęć z albumu rodzinnego. Autor pofrunął tam na oparach subwencji i wrócił z niczym. Ale Kanada ciągle pachnie żywicą, więc warto ją zobaczyć. Odmówiła udostępnienia zdjęć także rodzina Krystyny Łyczywek. No, to poważna decyzja. Niespodziewanie, w tych dniach dowiedziałem się, kto wszedł w posiadanie zasobów reporterskich państwa Cieślaków!
Na to wszystko – telefonuje mój wnuk.
– Dziadku, na jutro muszę narysować obrazek: czym się zajmuje twój dziadek, czyli ty. To powiesz mi teraz, kim ty jesteś? Bo tata to informatyk, a mama to programistka. A ty? Kim ty jesteś?
Powiedziałem.
Po kwadransie wnuk przysłał mi zdjęcie „dziadek-reporter”. Piękny malunek. Dziadek w zgodzie ze swoimi zasadami.
I ja – chciałby Pan? – miałbym temu chłopcu kiedyś, gdyby tę książkę wziął do ręki powiedzieć, a wiesz, kiedyś zrezygnowałem z jej omówienia?
Uśmiecha się Pan z przekąsem czy grymasem? Ma Pan wątpliwości? No to jeszcze jeden cytat – historyk w mailu napisał do mnie:
„Moim zdaniem katalog P. Semki, ma walory które skłaniają do jego wydrukowania i lektury. Dotyczy to zwłaszcza warstwy ikonograficznej, gdyż do tej pory nie było tak monumentalnego dzieła, które zbierałoby tak wielką liczbę zdjęć ilustrujących początki polskiego Szczecina i końcówkę czasów niemieckich”.
Zauważył Pan – nie książka, nie publikacja, nie poważne opracowanie tylko… katalog?
Gdybym zatem nie zareagował, być może:
– do księgarń już jechałoby trzecie wydanie; pozycja doskonale się sprzedaje
– autor zyskały pozycję zachodniopomorskiego dziejopisa
– powielono by błędy, niedomówienia, usankcjonowano zwykły edytorski bałagan
– autor i jego współpracownicy uwierzyliby, że można dziś wydawać byle co, byle jak, w jednym celu – żeby wykorzystać dotacje
– siła indolencji i przyzwolenia na bylejakość wzrosłaby jeszcze bardziej,
– władze regionu czułyby się odciążone od obowiązku rocznicowego; w końcu ktoś za nich odwalił kawał roboty! dwa tomy, ciężkie jak gąsienice czołgowe. No i tyle fotografii…
Zachęcam Pana do zapoznania się z tą pozycją. Aby samemu sobie odpowiedzieć: nasza (Pańska i moja) to sprawa czy też nie?
Jeśli znajdzie pan w tej pozycji jakieś błędy, jeśli dostrzeże Pan sprawę wymagającą korekty – proszę napisać.
I na koniec – nie podjąłem kilku o wiele ważniejszych wątków tej sprawy, nie ukrywam, z dramaturgicznego względu, pewne aspekty sprawy zostawiam do omówienia na później. Teraz zajmuje mnie instytucja recenzenta i konsultantów naukowych. Dlaczego nie możemy poznać opinii fachowców? Tego, w jakim wymiarze to oni właśnie zdecydowali o ostatecznym kształcie książki? Dlaczego Wydawnictwo, któremu recenzenci oddali majątkowe prawa autorskie do swoich opinii tak broni tych laudacji lub krytyk, analiz, pochwał?
To komiczne. Po co w takim razie publikować nazwiska tych osób, skoro ich zdanie jest utajnione?
W czasach minionych każde wydawnictwo zlecało recenzje wewnętrzne. I to był etap prac technicznych, wstępnych merytorycznych nad książką. Bywało, że fragmenty recenzji publikowano. A tutaj? Zmowa milczenia.
Na szczęście kierowniczka wydawnictwa pisze do mnie:
„Gdyby tylko Pan znalazł inne elementy wymagające korekty, to bardzo prosimy o kontakt. Pana uwagi są dla nas niezwykle cenne, a dzięki recenzji takich osób jak Pan, możemy stawać się coraz lepsi. Czytelnicy zaś otrzymują publikacje, do których z zainteresowaniem później sięgają”.
Komentować powyższe? Odmówiłby Pan Damie?
Dłoń ściskam
Marek Koszur
