
Pisarze o literatach, opowieści o powieści – literacki seans spirytystyczny
___________________________________________
– Ale proszę, nie więcej jak 540 znaków!
– Bez spacji?
– Ze spacjami, oczywiście, ze spacjami.
Mój niemiecki partner, znawca sztuki, ekspert w sprawach poezji – jest bezgranicznie prozatorski w kwestiach redakcyjnych.
Raz jeden spróbowałem powiedzieć, że… wiesz, ale nieraz myśl się tak „um-pa-pa”, zawalcuje, że wyjdzie o jedno pas więcej niż te twoje 540….
Nie odpowiedział. Nawet nie spojrzał na mnie. Zachował się dokładnie jak wiele lat wcześniej szef telewizji NDR w Kielu, gdy w piątek, tuż przed siedemnastą wszedłem do jego gabinetu z ooooczywistą prośbą o zgodę na dodatkowy kwadrans czasu montażowego niż zaplanowałem.
– Zmontujemy ten film do końca i spokojnie pojadę do domu…
Ralf spojrzał na mnie tak, jak słup cumowniczy na podchodząca do niego barkę.
– Oczekujesz, że co? Że zmuszę montażystę, aby nie wyszedł z pracy punktualne o piątej tylko dlatego, że nie doszacowałeś, ile czasu potrzebujesz na zmontowanie filmu? W piątek? Feierabend?
O piątej, wszyscy wyszliśmy z redakcji do pobliskiego pubu. Miły wieczór! Zrozumiałem raz na zawsze, co to znaczy 540 znaków oraz planowanie czasu montażowego w piątkowe i każde inne popołudnie.
Są ludzie, którzy żyją i funkcjonują od-do, tu-tam, stąd-dotąd. I są szczęśliwi!
Czy twórcy także? Poeci, pisarze, malarze?
Biografie wielu z nich potwierdzają, że zamordyzm w twórczości jest jedną z najbardziej humanitarnych metod panowania nad naszym geniuszem.
Podobno w każdym języku można wskazać niezbędną ilość wyrazów, których opanowanie sprawi, że będziemy swobodnie mogli w towarzystwie dyskutować na dowolny temat.
Rzadziej słyszy się, co należy zrobić, aby mówić z sensem. Aby mówiąc – coś powiedzieć.
Wreszcie dochodzi człowiek do pytania: a gdybym nie powiedział nic, to wyraziłbym siebie pełniej?
Więc – mówić czy milczeć?
Już widzę minę sekretarza redakcji (jakieś 35-45 lat temu)… Otwiera kopertę, w niej trzy strony niezadrukowanego maszynopisu. Każda z numerem w prawym dolnym rogu. Jest nawet nazwisko autora. I oczywiście – dane bankowe do przelewu honorariów. Rano biegniesz do kiosku po gazetę i na pierwszej stronie widzisz kawał porządnej publicystyki twojego pióra. Ludzie wpatrują się w twój niewydrukowany, ale mocny, dobrze uargumentowany tekst. Kiwają głową.
– Nieźle gość pisze. Widać, zna swój fach!
A gdyby te obie metody w jakimś sensie połączyć?
Mówić milcząc, milcząc – opowiadać, a wszystko zgodnie z regułami poetyki, w ścisłym rozumieniu gatunku, konstrukcji świata przedstawionego, typu narracji etc., etc.
Wczoraj sięgnąłem po kolejny tom mądrości na tematy szekspirowskie. Późno było, ale chciałem choćby dwa-trzy zdania przeczytać, zorientować się… . Książka otworzyła się na uczonej rozprawie stawiającej tezę, że Hamlet jest pierwowzorem współczesnej powieści kryminalnej. Pierwsza myśl – gdybym o tym naukowym fakcie się teraz nie dowiedział, czy moje rozumienie Hamleta pozostałoby uboższe? A gdybym wiedział, to czy na współczesne mordy i gwałty patrzyłbym w sposób bardziej literacki, dramatyczny, prozaiczny czy poetycki? Po prostu – hamletowski? Czyli jaki? Mord w stylu hamletowskich będzie objęty inną sankcją?
Oddałem się lekturze. Pierwsza strona, druga, zaczynam trzecią – ile znaków zaliczyłem? Ile mądrych słów? A ja ciągle nie wiem, o co autorom idzie? Naukowcy, może nawet z dyplomami, a ja? Przymykając jedno oko – ślizgam się po zdaniach jakby pieczątkami odbijanymi. Ten naukowy język jest nie do zniesienia. Jak bocian na gnieździe, kle, kle, kle, kle, kle…
O, niejednemu docentowi przydałaby się praktyka w dobrej, starej redakcji.
Ale o czym to ja miałem… A właśnie – O nowym cyklu programów, które zatytułowałem: Szczecin prozaliryczny.
Moi znakomici koledzy – Artur D. Liskowacki i Bogdan „Czarodziej” Twardochleb – podjęli wyzwanie, aby w dwóch pierwszych odcinkach pochylić się nad materią poetycko-literacką lat minionych, powstającą tutaj, w Szczecinie. Ich książka o dwudziestu uznanych twórcach z naszego środowiska stała się kanwą do rozważań poważnych i krotochwilnych niekiedy, o tym, czy znajdziemy jeszcze gdzieś pisarzy pośród morza literatów? Czy książki jeszcze się dziś pisze czy tylko… wydaje? Bo wydać może każdy. Wszystko.
Wreszcie – zastanowimy się nad kwestią fundamentalną, ale jak sprytnie ukrytą w zapisie słownym: powieść a (o)powieść. To jedno małe, wręcz niezauważalne „o” – a jaką robi różnicę! No tak, tylko – dla kogo?
Użycie w tytule programów neologizmu „prozaliryczny” też ma swój sens i wynika z logiki. Zamiast pisać proza i liryka można przecież napisać prozaliryka. Zyskujemy dwa znaki? A jakże!
Jakie to szczęście, że ja najpierw ukończyłem technikum, a potem, w poszukiwaniu natchnień i wytchnień, puściłem się w te humanistyczne piernaty, pełne zalegających w nich muz i nimf.
Startujemy w piątek, szóstego grudnia 2024, wieczorem!