
Dlaczego?
Z potrzeby i obowiązku.
Bohdan Twardochleb i Artur D. Liskowacki, gdy zaproponowałem im realizację tego cyklu zareagowali w sposób nadzwyczaj typowy dla naszego pokolenia: dobrze, kiedy i jak to rozegramy?
Tę gotowość wywołał w nas Czas. Jako wiarygodni świadkowie, musimy dać świadectwo epoce, która choć już minęła, nie powinna zostać zapomniana. Bez niej nasz – i Wasz – rodowód będzie okaleczony.
Pomysł na cykl rozmów pod wspólnym tytułem: „Szczecin prozaliryczny” ma swoje uzasadnienie i wynika właśnie z naszego głębokiego poczuciu obowiązku.
Chcemy opowiedzieć o dwudziestu szczecińskich poetach i pisarzach, wskazanych przez Bogdana i Artura, ujętych w ich eseistyczno-felietonowy zbiór zatytułowany „Przybysze i przestrzenie” (Wydawnictwo Forma, Szczecin, Bezrzecze 2021).
Z przynajmniej piętnastoma z nich, w naszej redakcyjnej pracy (koledzy w Kurierze Szczecińskim, a ja w Polskim Radiu) mieliśmy wiele okazji do rozmów, a przede wszystkim – słuchania tego, co ci ludzie mieli do powiedzenia. Niektórzy darzyli nas sympatią, inni wręcz przyjaźnią. Jeździliśmy na spotkania autorskie, na majowe odczyty i sesje w klubach wiejskich i miejskich. Spotykaliśmy się na antenie i na łamach gazet. Transmitowaliśmy, poprzez naszą ciekawość i dziennikarski warsztat – wiele dodatkowych treści, wykraczających poza okładki tomików poetyckich czy książek.
Dziś sylwetki Joanny Kulmowej, Heleny Raszki, Staszka Wilińskiego, Ryszarda Dżamana, Ryszarda Liskowackiego, Jacka Sawaszkiewicza, czy Henia (najmłodszego) Banasiewicza – ciągle pulsują w nas blaskiem wielkiej kultury osobistej, wiedzy, przemyśleń, życzliwości. Uczyli nas patrzenia na świat przez pryzmat ich doświadczeń. nierzadko wręcz porażających (Eliasz Rajzman). Wierzę w to – w kolejnym tomie autorstwa Liskowacki-Twardochleb znajdą się także dziennikarze. Musicie napisać o tych, którzy nas uczyli zawodu, wpajali zasady poruszania się po świecie polityki krajowej i międzynarodowej. Nie powinniśmy pozwolić, aby nazwiska Stefana Ciochonia czy Zbigniewa Pawlickiego pozostały już poza smugą cienia.
Szczecin prozaliryczny to epoka i duch. To standardy i zasady. To dorobek tego miasta.
To starania Mariusza Czanieckiego z Głosu i kolegów propagujących ideę „Dzieje szczecińskich rodzin”. To wielka robota Zygmunta Kowalskiego, który dokumentował w „Jantarze” środowisko ludzi młodych, także artystów.
Lista nazwisk – długa i kaligrafowana faktami.
Choćby nie wiem kto, co i jak chciał dyrektorowi Zbigniewowi Puchalskiemu zarzucić, to nikt nie zaprzeczy, że szef szczecińskiego radia, a potem Ośrodka RiTV zmienił panoramę miasta chyba na zawsze. To on zbudował wieżowiec radiowo-telewizyjny. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków w Szczecinie. Lecz ważniejsze jest to, że w ośrodku tym, Zbigniew Puchalski zorganizował na owe czasy bodaj najnowocześniejsze centrum medialne w kraju.
Pamiętam doskonale jego słowa, które największych malkontentów raziły niczym piorun. W dniu otwarcia wieżowca powiedział:
– No, panowie, dość już marudzenia, że baza, że sprzęt, że warunki socjalne nie takie. Wszystko już macie. Najlepsze w Polsce. No to teraz pokażcie, na co was stać.
Przywołamy czas przed uniwersytecki. Ten – warto o tym wiedzieć – miał w osobie Zbigniewa Puchalskiego jednego z najważniejszych zegarmistrzów. To red. Puchalski współwymurował fundamenty uczelni. Ale zanim powstał uniwersytet, działała w mieście Wyszka Szkoła Pedagogiczna z kadrą jakże kompetentnych naukowców. Dziś, żartował ktoś ostatnio – w uniwersytecie jest więcej profesorów niż studentów. Wtedy – nie było ani jednego profesora. Pojawiła się grupa absolwentów poznańskich, którzy nadali uczelni naddźwiękowe przyspieszenie.
Nasi nauczyciele byli o od nas o kilka tylko semestrów starsi. Wytworzyli jednak, pod okiem doc. Ludwika Janiszewskiego, dziekana Wydziału Humanistycznego czy docenta Erazma Kuźmy – lidera środowiska – klimat rywalizacji i ambicji, której celem było umieć, wiedzieć, rozumieć lepiej i więcej.
Humanistyka szczecińska była za pan brat ze środowiskiem literackim, dziennikarskim, aktorskim, z muzykami, plastykami. Klub XIII Muz, klub wszystkich Stowarzyszeń Twórczych był, jeśli nie parnasem, to najlepszym środowiskowym barem, w którym przy wódce, i owszem, snuły się pomysły, kreśliły idee, nawiązywały przyjaźnie i rozwiązywały konflikty.
Szczecin był wtedy właśnie prozaliryczny. A więc ideowy. Familijny i nienasycony… To właśnie określenie zapamiętałem w sposób wręcz dojmujący. Za sprawą Erazma Kuźmy, który w ciasnym pokoiku redakcji literackiej radia przy Niedziałkowskiego, egzaminował mnie z witkiewiczowskiego „Nienasycenia” … nie zadając ani jednego pytania, nie sugerującego kierunku, w jakim winienem poprowadzić analizę tego ważnego dla pana docenta dzieła. Patrzył przez swoje zwracające zielonkawym odcieniem okulary i słuchał, co miałem do powiedzenia.
Wtedy też, po raz kolejny, bo już po doświadczeniu roku 1970 – rozmawialiśmy o polityce, o Polsce między „Rosją a Chinami”, o nienasyceniu wizją kraju w fazie schyłkowej. Wtedy chyba po raz pierwszy i poważny ktoś zadawał nam pytanie: a pan? Pan opowiada się po której stronie?
Odwaga twórców niezależnych i nie mniej literacko uzdolnionych – sojuszników ówczesnej władzy – to była prawdziwa lekcja wychowania obywatelskiego. Obserwowaliśmy te relacje.
Dla potrzeb tego cyklu rozmów o Szczecinie proza-lirycznym postanowiłem np. sprawdzić, ile książek, ile tytułów autorów szczecińskich znajduje się na bibliotecznych regałach? Czy ktoś czyta dziś Momota, Daszkowskiego, Słomkę albo o, no właśnie – Ireneusza Gwidona Kamińskiego? O Papudze i Gilu nie wspominam. Ich książek nigdy nie było dość, a dziś jeszcze bardziej ich nie ma.
Wniosek z poszukiwań jest wprost porażający – nie istnieje materialnie, fizycznie dorobek szczecińskiego środowiska pisarskiego. Nigdzie nie ma tych książek. Biblioteka Miejska podjęła wyzwanie i przygotowuje wersje elektroniczne wielu tytułów. Po prostu – skanuje te książki z ostatnich egzemplarzy. Książki te dostępne są w jednej z filii, możliwe do przeczytania tylko w bibliotecznym komputerze.
Tym bardziej przekonuje mnie i mam nadzieję – moich znakomitych kolegów potrzeba zdania relacji z czasów i opowiedzenia o ludziach, którzy kształtowali naszą wrażliwość i wyobraźnię, byli wzorcami i – niech mi wolno będzie to powiedzieć – ich młodszymi kolegami.