Myśl szalona. Ba! Niedorzeczna!?

Bo jak porównać to przedstawienie ze świeżo odrestaurowanego obrazu pędzla Fritza Johannesa Modrowa, ukazujące panoramę ówczesnej zabudowy nadodrzańskiego bulwaru Szczecina z końca lat 20. XX wieku z zachwytem Franciszka Gila albo Jana Papugi, gdy obaj spoglądali na ten sam fragment miasta, ale z wzniesienia Hakenterrasse? 

Ilu słów potrzebuje pisarz, by ledwie dotknąć, naszkicować w naszej wyobraźni to, co malarz wręcz narzuca, nie pozostawiając marginesu na własne imaginacje, dopowiedzenia, przypuszczenia. 

Obraz jest zamkniętą emocją. Wiersz – niestannym jej rozpalaniem.

Obraz i wiersz… O, to zaczyna być interesująca myśl…

Lecz ciekawsze jeszcze wydaje się być pytanie o… kanwę. To, na czym i z czego obraz się rodzi: ten ze słów kształtowany i ten pędzlem kreślony?

Sformułowanie: szczecińskie środowisko literackie i plastyczne w pierwszych latach powojennych to bardziej figura stylistyczna, termin – niczym opakowanie – nie wypełnione ugruntowaną treścią. Tę mieli tu wnieść przybysze zewsząd i znikąd. Niemal wszystkich łączył bagaż wojennej traumy.

A może nie? Może się mylę? Mimo pewnego doświadczenia, wielu reportaży o pionierach, nie czuję, że mam dość przesłanek, by uogólniać lub posługiwać się tzw. summą publicystyczną w rodzaju: jedni tak, inni nie. Mam sobie do zarzucenia, że tej właśnie kwestii – miejsca na ziemi dla każdego z nich (nas), a w odniesieniu do ofiar wojennej hekatomby przede wszystkim – nie poświeciłem dość czasu, by spróbować choćby dotrzeć do poziomu rudymentarnych pokładów decyzji, jakie ci ludzie wtedy podejmowali – decyzji o pozostaniu w Szczecinie. 

…czyli – nie sobą?

W tym odcinku naszych rozmów z Arturem i Bogdanem przywołuję postać bohatera mojego reportażu. Na filmie – nie zdradziłem, że przez wiele lat, niemal codziennie mogłem zapytać tego mężczyznę, dlaczego nie poszedł dalej, do stron rodzinnych, na ojcowiznę? 

Któregoś dnia, dość niespodziewanie i wiele tygodni od reportażowego zapisu – powiedział: …wtedy byłem już kimś innym.

Tak zapamiętałem te słowa. Innym, czyli – nie sobą?

Mówi się: człowiek ponownie narodzony. Czy kiedykolwiek powiedział mi ktoś, że umarł w poprzednim życiu i w sobie nie nosi żałoby po sobie? Bo dostał nową historię do opowiedzenia o sobie. Artur pewnie zareagowałby: napisania. Bogdan mitygowałby emocje: wypełnienia.

A ja twierdzę – opowiedzenia. Bo my naszego życia nie wykuwamy, nie budujemy. Odgrywamy je według jakiegoś, niekiedy cholernego scenariusza.

Proszę czytać dalej… 

Ołówek

Dziś rano, zupełnie nieoczekiwanie, bez najmniejszej przesłanki, kosztując pierwszy łyk kawy sięgnąłem po ołówek, który tak bardzo podoba się mojemu wnukowi. 

– Fajny…

– No…

– I ma takie kropki, przy rysiku co powoduje, że się lepiej palców trzyma.

– No…

– Przydałby ci się taki?

– No…

– Pewnie chciałbyś, żeby należał do ciebie? 

– No… 

Na szczęście – miałem trzy. Na marginesie jakiegoś czasopisma zacząłem pisać drugim z tych ołówków zdanie: siedzę przy stole, piję kawę i mgliście uświadamiam sobie, że przecież ja…  nie żyję.

W tym momencie usłyszałem dzwonek telefonu.

– Cześć, dziadek.

– No.

– Ołówek zatemperowałem.

– No…

– Ty byś tak nie umiał.

– No…

– Lepiej jest jak on jest u mnie, wiesz?

– No…

– No, to cześć.

Rozmawiałem z Olem, ale… tamta myśl nieustannie, mgliście nakładała się na nasze głosy, wprowadzając jakiś dysonans. Kolejny łyk kawy przerwał te interferencje między wymiarowe. Dobra ta kawa – pomyślałem, ale w tle ciągle majaczyła jeszcze tamta konstatacja (?), a wraz z nią – bunt: to na tym polega to całe oszustwo? Nasza świadomość trwa nieprzerwanie i niewzruszenie, chociaż jej fizyczność – a więc my – jak pionki na szachownicy, po spełnieniu jakiejś misji, z pola gry wypadamy? 

Hugo Simberg, The wounded angel, 1903

Jak pozytywka

Sięgnąłem po telefon. Czymże dziś, pomyślałem jak co dzień, świat mnie zadziwi? I znów, zupełnie bez mojej woli, na rozjaśnionym ekranie zobaczyłem przepiękną kobietę, o dłoniach niewiarygodnie długich, jak pędy nenufarów, o palcach nadnaturalnej wręcz smukłości. Na wychudzonej twarzy – wszystkie odcienie i blaski niezwykłej niegdyś urody. Młody mężczyzna nałożyć owej piękności słuchawki na uszy i uruchomił odtwarzacz. Popłynęła melodia z baletu „Jezioro łabędzie”. I ta zmiażdżona chorobą Alzheimera kobieta – jak baletnica ukryta w pudełku z pozytywką – ożyła! Byłem wstrząśnięty gracją, płynnością, naturalnym pięknem tańca, który jako primabalerina darowywała widzom oczarowanym jej talentem na scenach wielkich teatrów.

Proszę koniecznie znaleźć ten film, choćby na naszej stronie (tutaj) i odpowiedzieć mi na pytanie; to kim my jesteśmy, skąd jesteśmy, dlaczego tu i w takiej postaci jesteśmy? A kto jest w nas?

Bogdan Twardochleb i Artur D. Liskowacki odważyli się na nie tylko dziennikarską speleologię poznawczą i odkrywczą, przyjaźniąc się ze szczecińskimi twórcami. Artur nie kryje, że wobec tych ludzi zawsze czuł niezwykły respekt. Bogdan zdradza, ile czasu wchodził w świat tamtych ludzi. W ich poezję, tę pisaną i tę, kamuflowaną kłębami tytoniowego dymu. Teraz on, oni obaj są nośnikami zakumulowanej energii, którą otrzymali od bohaterów ich książki. Ta – jest niewyczerpywalna. Wystarczy sięgnąć po zbiór esejów-felietonów „Przybysze i przestrzenie”. 

Skąd są artyści? I już wiedzą Państwo, że nie pytam o miasto czy kraj. Lecz o magnetyzm, który sprawiał, że idąc – zatrzymywali się i tu lub tam – zostawali. 

W programie mówię; gdyby nie to miejsce, nigdy nie napisaliby pewnych słów. 

Wierzę w to. Choć moje życie przeczy w pewien sposób tej tezie. Który raz zmieniam miejsce? 

Hm… 

No, ale ja nie jestem poetą.