
Joanna Kulmowa, Jan Kulma
Hm… I co dalej?
Biała kartka, nad którą siedzę, wcale się nie niecierpliwi. Czeka, co napiszę dalej…?
Nie. Dość jej ta para imion i to nazwisko, by spełnić się mogła jako tło dla wyrażenia uczuć, myśli, wrażeń a nade wszystko – wspomnień.
Zaskakujący i jakże wymowny jest ten moment… Coś takiego przytrafia mi się po raz pierwszy… Pamięć wypełniają hologramy wspomnień… Nakładają się, wirują, z tła wyłania się dźwięk, po chwili ginie, zagłuszony odgłosami kolejnej sceny… Pani Joanna idzie przez zawsze ciemny, ale jakże akustyczny korytarz redakcji radiowej w jej poprzedniej lokalizacji, przy Niedziałkowskiego 21. O, a teraz pan Jan, prawie bezszelestnie zagląda do mnie na X piętro wieżowca, gdzie przychodził z nowymi pomysłami na realizacje telewizyjne. I on i ja bardzo chcieliśmy w Szczecinie rejestrować spektakle teatralne. Pan Jan, wspierany – bywało – przez Waleriana Pawłowskiego – zachęcał do utrwalania widowisk, szczególnie dla młodych widzów. Maestro już się zrywał, już chwytał batutę, już wirtualną orkiestrę uskrzydlał sekwencjami ekspresyjnych póz dyrygenta-demiurga…
Kiedy u schyłku lata, wspólnie z Bogdanem Twardochlebem i Arturem Liskowackim spróbowaliśmy zebrać nasze, związane z mieszkańcami „różowego domku” w Strumianach wspomnienia, powrócił ten dyskretny, ale wyczuwalny stan niezwykłego uszanowania wobec bohaterów dzisiejszego videoblogu (straszne określenie!).
Joanna i Jan Kulmowie stanowili jedność, jakże różnorodną, odmienną, niekiedy wykluczającą się zaskakującymi odrębnościami, które tak bardzo wzbogacały ich wizerunek ludzi zakochanych w swoim się w sobie zakochaniu. Bo to z takiego uczucia musiała płynąć ta energia, to sarkastyczne niekiedy poczucie humoru, złośliwości naszpikowanej małymi bombami atomowymi, które eksplodowały uśmiechem serdecznym. O tym, jak pan Jan pierwszy (z wielu prób) chciał panią Joannę… zamordować (puścili się na zwykłych sankach, pod osłoną nocy przez tor bobslejowy w Krynicy w 1953 roku). Albo o niedotrzymanej obietnicy rozwodu, popartej awanturą o nieukrywanym przez pana Jana zafascynowaniu sylwetkami pięknych kobiet. Albo te przekomarzania między Janową kuchnią i zmywakiem, a salonikiem, w którym pani Joanna szukała potwierdzenia swoich pomysłów lub poetyckich fraz – to przecież były kompozycje z jakby równoległej rzeczywistości.
– Ja jestem samotnikiem. Lubię tak usiąść, w ciszy…
– To prawda, on mówi do mnie, że lubi, kiedy jestem w domu, bo to tak jakby nikogo nie było.
– Bo ty jesteś jak powietrze…
– No właśnie… proszę….
– A bez powietrza żyć nie można.
– I….
– Jesteś powietrzem mojego życia, wypełniasz sobą cały mój świat…
Z iluż anegdot musieliśmy zrezygnować, ile wzruszających momentów – przemilczeć. Ale na szczęście, jak zauważy Bogdan w czasie naszego spotkania – Joanna i Jan Kulmowie pozostawili nam swoje książki. Czyli siebie. A nawet więcej, bo całą przestrzeń między wierszami wierszy i opowieści…
Są ciągle nieodkrytą, najbardziej poetycką parą najbliższego nam świata.
W nim, póki starczało im sił i zdrowia na dość prymitywne jednak warunki strumianowej codzienności – tworzyli, tak, rzeczywiście, teraz to sobie doskonale uświadamiam, tworzyli kosmos pełen reguł i zasad, których celem było budowanie. Takie fraktalowe… Nie tyle ładu czy porządku co, nieustannych wzruszeń i westchnięć, które niczym krzesiwo, odczytywane, wspominane, sypie iskrami zadziwień i zachwytów.