Zapiski (nie) performatywne po festiwalu Kontrapunkt 2024  cz. 1

A tak było miło… 

Spacer, kawa i lody, i dopiero przy kolacji padło to pytanie. 

– A co to właściwie dzisiaj jest ten… teatr? 

Zapanowało milczenie. Sztućce udawały, że kroją, widelce, że nadziewają, łyżeczki, że mieszają…  

– Nie wiem. 

Oparłem się o sprężyste plecy krzesła, wpadając w typowy dla choroby sierocej rytm bezmyślnego kiwania.  

– Naprawdę. Nie wiem. 

W wypukłości kryształowej karafki z wodą cytrynową, z dodatkiem miodu i soli widziałem odbicie dwóch regałów po sam sufit wypełnionych książkami o teatrze i dramacie. Obok stoi półka z kasetami VHS z zapisami spektakli. Następna szafa dźwiga setki numerów czasopism teatralnych. 

– Nie wiem… Już nie wiem.  

Jeśli definicją dziennikarstwa jest przekazywanie przetworzonych informacji, to teatr jest odtwarzaniem wyimaginowanych sytuacji.  

Informacja o tym, że spadnie deszcz lub śnieg – ma kolosalny wpływ na nasze zachowanie. Sztuka teatralna o tym, że pewna pani zabiła pewnego pana… no właśnie nie skutkuje niczym, nie ma najmniejszego wpływu na nasze życie. O czym tu w ogóle mówić? Jędza i małpa z niej była, albo – zasłużył sobie i dobrze mu tak. 

Ale funkcjonują wśród nas pewne grupy określonych interesów. Np. teatrolodzy, recenzenci, redaktorzy, którzy zawodowo i metodycznie kłamią jak z nut: czyste katharsis, byłem poruszony i wstrząśnięty, przepełnił mnie smutek lub bunt… Dziesiątki gotowych zwrotów frazeologicznych ukuto na przestrzeni epok, które jak ongiś stempel cenzora kończył żywot dzieła, tak one, te frazesy nobilitują dziś, uznają, certyfikują co sztuką jest, a co najwyżej zasługuję na kwalifikację: performance. Tu rozumiany jako działanie niezależne od imaginacji powstającej w odbiorze; jak grochem o ścianę, można byłoby powiedzieć. My rzucamy, oni nie łapią.   

Jednak, Panie Marku – pisze Andrzej Kaczanowski, doktor filozofii w Akademii Muzycznej w Krakowie, – stanowisko nauki (w tym przypadku: teorii estetyki) jest jednoznaczne, a ukazał to Hans Georg Gadamer w swoich pracach, że performance nie jest sztuką (jest właściwie antysztuką) dlatego, że w percepcji dzieła sztuki (w dowolnej formie prezentacji), dla ujęcia wartości, potrzebny jest OSOBISTY, NAOCZNY ODBIÓR. Zatarcie tej granicy (scena – publiczność) uniemożliwia ten odbiór (prezentacja staje się bezwartościowa). To z kolei stanowisko fenomenologicznego podejścia Prof. Romana Ingardena.  

P.S. Przytoczone, powyżej przykłady, są wykładnią relatywizmu, a więc grzechu pierwotnego twórcy, wobec, zarówno dzieła jak i odbiorcy – perceptora. 

Tę wymianę myśli (więcej na FB) spowodował mój entuzjazm wobec spektaklu „After all Springville” Mieta Warlopa, odświeżony, wznowiony po bodaj dwunastu latach. Teatr i sztuka zarazem. Pobudził i ucieszył, a… nie powinien… Bo to spektakl-ramota. Już nie działa. Staroć. Chociaż jednak – nie! Juror, pan profesor nagle się zreflektował. Jest w tym spektaklu coś nadzwyczajnego…  

(cytat z zapisu video):  

– To przedstawienie (Czarnoksiężnik Oz – podkr. M.K), które się w jakimś sensie wpisuje w pewną taką tradycyjną konwencję uprawiania teatru, ale jest zrobione po prostu na najwyższych poziomach profesjonalizmu, poczynając od rewelacji koncepcji na tego „Czarnoksiężnika Oz”, fantastycznej scenografii, którą jestem urzeczony Mariki Wojciechowskiej, niesamowicie sprawnego i działającego w takim jednym rytmie zespołu, no i wielkiej… współczesności. To jest spektakl dla młodej widowni, ja może na nim się troszeczkę koncentruję, ale to dlatego, że to jest jeden z nielicznych spektakli dla takiej młodej widowni, gdzie się oczywiście pojawiają pewne rzeczy nas może odrobinę dystansujące, pewien rodzaj infantylizmu, pewien rodzaj uproszczeń w rozmaitych rodzajach tekstów. Ale wiecie Państwo, chciałbym… rozmawiać w teatrze z widownią, biorąc za przykład to przedstawienie, które uważam za niezwykle udany spektakl i bardzo ważną rzecz. W przeciwieństwie na przykład do „All After Springville”, który to spektakl, aczkolwiek perfekcyjny, znakomity, no nie ma, nie ma co tam marudzić na jego temat, ale wiecie Państwo, to jest spektakl stary. Takie rzeczy powstają w bardzo wielu miejscach, z takimi rzeczami spotykamy się w bardzo różnych przedstawieniach i w kontekście tego, co Kontrapunkt zaproponował podczas tej edycji, które może nie są nowe w takim znaczeniu, nowe, ach, ach, nowe, ale i ważne i teatralnie atrakcyjne i wzruszające i podejmujące niezwykle istotne problemy, no to w tym całym kontekście ten spektakl jako pewien taki fajerwerk poczucia humoru, choć też bardzo… To bardzo piękne, bo w tym spektaklu jest coś, co cenię sobie niezwykle. To już gdzieś komuś o tym powiedziałem, że wiecie państwo, w tej erze schyłku antropocenu docenienie wagi, rangi przedmiotów, które nas otaczają, to jest właściwie odkrycie. Tylko odkryciem to było 11 lat temu, kiedy ten spektakl powstał. Dzisiaj właściwie ten teatr przedmiotu, teatr obiektu jest uprawiany w wielu miejscach. 

Takie, kwadratowe rozmowy ekspertów od teatru, pożal się Boże… Komedia, dramat i cyrk w jednym.  

Hm… Czyżby teatr to już nie było wino…? Im starszy (co to znaczy?) tym smakuje gorzej?  

Ja będę dalej kierował się zasadą wpojoną mi przez krawca, pana Ziółkowskiego. 

– I co, podoba się, nie pije, nie uwiera, nie marszczy i nie ściąga? No to masz pan – arcydzieło. Noś je pan, na zdrowie.  1200 się należy.  

Panie Profesorze – wracam do rozmowy z Andrzejem Kaczanowskim, który nie jest tym cytowanym jurorem Kontrapunktu – ja mam od dawna wielki problem z teatrem jako świątynią sztuki. To nie jest już miejsce święte? Chyba nie, bo dzisiejszy teatr zerwał z jego cechą ze wszystkich najbardziej konstytutywną – z kurtyną. W teatrach już nie ma kurtyny! Wchodzę na widownię i wszystko już widzę. Nierzadko na scenie coś się już dzieje. Trwa akcja, a ja jestem tu jakby przechodniem, wpadam tylko na chwilę…?  

Nie czuję już tego fascynującego napięcia, oczekiwania, tego wow! – i wejścia w inny świat po podniesieniu kurtyny. W żadnym innym momencie scenografia nie robi na widzu takiego wrażenia jak w sekundę po podniesieniu kurtyny. Proszę mi tej radości nie odbierać! Chcę, jak ów średniowieczny wędrowiec, który doszedł na kres świata, gdzie Niebo dotyka Ziemi – wysunąć głowę poza widnokrąg i… i… popatrzeć w kosmos! Albo nawet Niebo! Czyli – teatr! 

O kurtynie kroi mi się już od dłuższego czasu solidne i sążniste doniesienie o prawdopodobieństwie popełnienia przestępstwa artystycznego przez dyrektorów i reżyserów, którzy nie używają kurtyn. Jak sztandary w armii, tak właśnie kurtyny, fundowane przez najzamożniejszych darczyńców, wykonywane przez najlepszych artystów, skomplikowane inżyniersko, także praktyczne, bo pełniące funkcje przeciwpożarowe – decydowały o randze i znaczeniu teatru. Teatr z porządną kurtyną to był teatr! 

Jest inny jeszcze aspekt w odbiorze sztuki szalenie ważny – zaskoczenie. Nasza uwaga, skupienie i rozpędzona jak bolid formuły „1” ciekawość tego, co zobaczymy – lustruje przez kilka pierwszych minut wszystko co odsłoni kurtyna: kostiumy, światła, choreografię, charakteryzację, muzykę, efekty dźwiękowe – magię teatru. Iluzję. Czyli – czary.  

Myślę, niestety, że współczesny teatr jest tak szalenie skoncentrowany na sobie, tak kombinuje i wymyśla, sam sobie zakłada pytona, staje na głowie, tarza się po podłodze, obnaża i przeklina, że o widzu już nie ma czasu pomyśleć. Widz…? Codziennie inny. Przyjdzie taki i pójdzie. A ja? Mam sobie żyły wypruwać, gardło zdzierać, tekstu się na pamięć uczyć? A jak już zacznie klaskać, to od święta tylko mamy dwa wyjścia do ukłonu. Zaprzyjaźniona artystka opowiadała mi, że niekiedy po przedstawieniu bywa na przystanku tramwajowym szybciej niż widzowie, którzy nie musieli się przebierać i zmywać makijażu.  

Czyż nie jest zatem teatr współczesny jak stare, znudzone małżeństwo? No jest, jest. W sypiali mamy przecież jedno łóżko. Śpimy razem, bo na wersalce w pokoju obok nocuje dziadek lub teściowa. Pozostajemy w sieci rutynowych zależności i zwyczajów. Ja ci to, ty mi tamto. I trwa to nieustne podrzucanie drew do wygaszonego pieca.  

Dziś kolekcję zjem za miastem. Będzie teatr zachodzącego nad morzem słońca, może nawet pierwsza tego lata fatamorgana, nieodzowny element scenografii. Trafi się też pewnie jakaś zakochana (nieoficjalnie) para, znużone całym dniem na plaży dziecko, przysypiające na kolanach taty wpatrzonego w nieubłaganie obniżający się poziom piwa w jego kuflu. Mama pociechy odda się studiowaniu wczoraj zrobionych paznokci a para niemieckich emerytów z zadowoleniem odnotuje kolejną oszczędność wynikającą z wyboru na majowy weekend Międzyzdrojów zamiast Ahlbecku. 

Jest teatr? Jest! 

Potem, pod kurtyną kołderki albo… kołderką kurtynki śnić będę o największym moim teatralnym oczarowaniu. Odwzajemnionym korespondencją adresowaną do licealisty, zachwyconego występem „prawdziwej aktorki z Krakowa”, najpierw w 1968 a potem w 1970 roku na Ogólnopolskim Przeglądzie Zawodowych Teatrów Małych Form w Szczecinie. List został przez dyrektora szkoły odczytany w czasie porannego apelu, a potem zawisł na ściennej gazetce Koła Miłośników Melpomeny. Ten drugi, Adresatka opatrzyła na końcu pozdrowieniami i podpisem – Irena.  

Koniec cz. 1 

Irena Jun – laureatka Szczecińskiego Tygodnia Teatralnego w 1970 roku