Mówi się – miłość uskrzydla. Przenosi w inne światy. Przebija się przez wszelkie granice. Nawet zwycięża!

Ale po co? Dlaczego miłość to robi?

Miłość to najbardziej zdradliwa i wroga człowiekowi siła. To ułuda maskująca cierpienie, którego doświadcza człowiek całkowicie bezbronny, zaskoczony, nieprzygotowany. Ufny, odurzony chwilą szczęścia, tej przewodniczki… zatracenia.

O miłości mówią tylko ludzie cierpiący.

Mówi się też, że łzy mają smak szczęścia…. Ale nikt nie dopowie, że tylko te pierwsze. Kolejne palą jak ostrze wędrujące przez ciało w poszukiwaniu celu – serca.

Kiedy je znajdzie i poczuje rytm jego bicia – wyczeka na moment najwyższego uniesienia by trafić beznamiętnie, technicznie. Ale w samoobronie. Bo zło szczęściem się żywi. Gra nami jak pacynkami, które łakną radości i serdeczności widzów, ich zachwytów i omdleń, deklaracji i… pięknego kłamstwa. Bo żadna z obietnic, zaklęć i przyrzeczeń miłości nigdy się nie spełni. Minie z pomrukiem gasnącego naturalnie afektu, zamieni się w tak typowe poczucie władzy nad drugim człowiekiem. Rok, pięć, dwadzieścia? Niekiedy nawet dłużej gaśnie to, co ludzi połączyło w ogniu uczuć. Natura ognia i miłości jest taka sama. Wypalają się szybko, praktycznie nic po sobie nie zostawiając. No, chyba, że tę garstkę popiołu.

Tak, wstążka na pewno była czerwona. Najmocniej odcisnęła się na tym pierwszym liście, z jesieni 1923 i ostatnim w pakiecie – z 1932 roku. Pożółkłe, w wielu miejscach nie do odczytania – kartki przetarte od wielokrotnego przekładania, nie utraciły zaklętych w nich uczuć, wielkiej namiętności, marzeń, rozterek i bezgranicznej wiary, że Bóg, że ona, że miłość…

Kiedy Stanisław Wojciechowski przekazywał mi ten pakiet, za oknami ciechocińskiego pensjonatu szalała wiosna. Drżącą ręką rozstawał się ze skarbem najcenniejszym, który chronił i którego ani na moment nie spuścił z oczu przez 50 – 60 lat. A było to w roku 1984. W tej paczce listów kryła się cała jego młodość i miłość, życie na morzu, na pokładzie żaglowca. Tam, w tych listach ciągle świeci słońce i wieje orzeźwiająca bryza. Tam pulsuje to, co w Oleńce pokochał od razu i na zawsze – jej dziewczęca radość, uśmiech, skry w oczach oprawione w muzykę Chopina. Hm… To był jego jedyny konkurent do serca piętnastoletniej wówczas, niezwykle muzycznie uzdolnionej… dziewczynki!  

Wtedy, w Ciechocinku spotkaliśmy się już ostatni raz… Pan Stanisław, tracąc wzrok, dyktował w Kanadzie listy, przesyłał uzupełnienia swoich wspomnień i zawsze przypominał mi o tym pakieciku owiązanym czerwoną wstążką. 

Proszę uwolnić tę historię… Może choćby tylko po to, żeby dowieść, iż najbardziej tragiczne zakończenie nigdy nie zgasi uczucia dwojga młodych ludzi, przez tyle lat od siebie oddalonych, żywiących się tęsknotą i pragnieniem bliskości, mimo dzielących ich mórz, oceanów i kontynentów…

  • Proszę uwolnić tę miłość…

Równie dobrze można byłoby wówczas zgłosić pomysł lotu na Księżyc.

Polska nie miała statków, w Tczewie dobiegały końca zajęcia pierwszego rocznika tamtejszej Szkoły Morskiej, w Gdańsku trzeszczał i stękał sterany rejsami s/s “Lwów”. Flagowa naonczas jednostka odrodzonej Rzeczypospolitej.

Handel zagraniczny? Tak, tu i ówdzie inicjowano lokalną współpracę, ale wymiana handlowa morzem? Fantasmagoria! Nie mamy statków, nie mamy portu, brak powiązań handlowych ze światem.

Polityka morska bez społecznego wsparcia, entuzjazmu, pracy od podstaw nie mogła liczyć na zrozumienie w pszenno-buraczanej mentalności polityków.

Kontradmirał Porębski wiele słyszał o żeglarskich umiejętnościach kapitana Tadeusza Ziółkowskiego. Postanowił je wykorzystać. Pod jego dowództwem “Lwów” odbył podróż najsłynniejszą w naszych dziejach – przez równik do Brazylii. Prasa krajowa informowała: polska bandera na oceanach!

Trasa wyprawy wiodła przez Kopenhagę, Limhamn, Le Havre, Wyspy Zielonego Przylądka do Rio de Janeiro i Santos. W drodze powrotnej bark miał zawinąć do Falmouth i Cherbourga.

– W Brazylii reporterzy nieustannie nas fotografowali – mówi Stanisław Wojciechowski. – Po południu otrzymaliśmy życzenia od prezydenta, które przywieźli uczniowie tamtejszej szkoły morskiej. Poczęstowaliśmy ich trunkami. Oj, słabe mieli głowy. Po południu poszedłem do miasta. Kiedy w sklepie z pamiątkami chciałem zapłacić za kilka drobiazgów, nie chciano przyjąć ode mnie pieniędzy. Podobnie było w kinie. Jak się okazało, prezydent Brazylii zwolnił nasz statek od wszelkich opłat i zaapelował do sklepikarzy, właścicieli kawiarni i kin o podobne gesty. I tak mijał dzień za dniem. Stawaliśmy się światowcami. Któregoś dnia zwiedzaliśmy wspaniały ogród botaniczny. Dyrektor z dumą opowiadał o najpiękniejszej alei świata. Rzeczywiście, palmy królewskie zrobiły na nas duże wrażenie. Na koniec pokazał nam wielki głaz narzutowy z napisem, że kamień ten pochodzi z Pucka w… Rosji! Zaprotestowaliśmy! Dyrektor wydał odpowiednie dyspozycje.

Prasa brazylijska, na każdym etapie podróży “Lwowa” relacjonowała reakcje Polonii i Brazylijczyków.

W programie rejsu “Lwowa” przewidziano tylko dwa brazylijskie porty: Rio i Santos. Jednak informacje, jakie z tych miast docierały do stanu Paranaguá, na południu kraju, gdzie osiedliły się setki polskich rolników spowodowały, że do kpt. Ziółkowskiego przyjeżdżały delegacje, słano zaproszenia i telegramy. Wszyscy chcieli zobaczyć statek, który z odrodzonej Polski przypłynął do ich nowej ojczyzny. Komendant był nieubłagany. Tłumaczył się znacznym opóźnieniem rejsu i bardzo trudnym pod względem nawigacyjnym wejściem do paranaguańskiego portu. Dopiero interwencja posła Prószyńskiego wpłynęła na zgodę kapitana i 4 października “Lwów” prowadzony przez pilota dopłynął do Paranaguá.

– Moim zdaniem – wspomina Wacław Zagrodzki – zarówno efekt propagandowy – na pożegnanie całowano nawet burtę statku – i szkoleniowy, żeglarski tej wyprawy – były wręcz spektakularne. Inaczej miały się sprawy handlowe. Pługi, które tak nam przeszkadzały w podróży, nie znalazły nabywców. Nie nadawały się do uprawy brazylijskiej ziemi. Trzeba było je sprzedać na złom. Wiele zmartwień przysporzył także ładunek cementu. W Santos bezskutecznie poszukiwaliśmy odbiorcy, który zgłosił się dopiero po wydrukowaniu kilku anonsów w miejscowej gazecie. Niesłabnącym powodzeniem cieszyła się natomiast wystawa porcelany, alkoholi, wyrobów bawełnianych i kosmetycznych. Zwiedzający uprzejmie dziękowali za poczęstunek i próbki, ale większych zamówień, podobno, nie przesłano do kraju.

Dla Stanisława Wojciechowskiego ten rejs miał znaczenie szczególne…

Z pakietu, przewiązanego niegdyś czerwoną wstążką odczytuje pierwszy i kolejne listy…

Tczew, 1924…

Szanowna Panno Oleńko!

W sam Nowy Rok zawinęliśmy do najbliższego portu angielskiego Falmouth. Po osiemdziesięciu dniach stanęliśmy pierwszy raz na lądzie. Lecz listy nasze zostały w Dover i na Azorach, a my ich tutaj z niecierpliwością oczekujemy, nadeślą nam je chyba do Gdańska. Może się Pani trudziła pisząc listy, ja ich z utęsknieniem oczekuję, a one gonią nasz statek z poczty na pocztę i dogonią chyba, nawet na pewno w Gdańsku. Panno Oleńko! Niech Pani uwzględni moją prośbę i według przyrzeczenia pisze dużo i często, wszystko mnie obchodzi co z Panią ma wspólnego, chciałbym wiedzieć wszystko i o wszystkim: jak się Pani bawi i czy Pani jest zawsze tak wesołą jak u nas na „Lwowie”? Co Pani czyta, myśli, czuje…

Tczew, 27.01.1924

Szanowna Panno Oleńko!

Proszę mi zrobić łaskę i przyjąć w dniu imienin swoich, ten skromny zbiorek widoków Warszawy, które obiecałem jeszcze swego czasu podczas pobytu w Paranagua. Obecnie, z górą po roku stwierdzam, że to co przeżyłem w Paranie, wyryło mi się niezapomnianą zgłoską w umyśle, szczególnie do bardzo miłych wspomnień należą chwile spędzone w towarzystwie Pani na „Lwowie”, w Paranagua. (…) Panno Oleńko! Zechce Pani na moją prośbę napisać, czy Pani otrzymała ode mnie list z datą 24.04.1924 i z sierpnia 1924? (…) Proszę zupełnie nie zapominać o przyjacielu za morzem i czasem napisać do niego.

Grabów, 20.04.1924

Panno Oleńko!

Trzeba przyznać, że szkoła potrafi całkowicie wypełnić czas. Profesorowie pędzą z wykładami forsownie naprzód, narzucają naszym umysłom liczne teorie, masa wzorów krąży po mózgu, wypierając wszelką myśl zewnętrzną. W dzień każdy słuchamy osiem lub dziewięć godzin wykładów, następnie idziemy na czterogodzinne zajęcia praktyczne przy maszynach w warsztatach szkolnych, wieczorem należy jeszcze chociaż przejrzeć lekcję na dzień następny. Nic dziwnego, że takie rozłożenie czasu nie daje rozwinąć wszelkiej myśli nie związanej ze Szkołą. Mimo intensywnej pracy wszyscy czujemy się zupełnie dobrze, zwykle wieczorem jest każdy z nas zmęczony, lecz rano staje do pracy z nowym zasobem sił. (…)

Panno Oleńko! Bardzo surowo osądziła Pani moją tęsknotę, z oddalenia przysłała mi swój wyrok: „to niedobrze”. Wskazuje Pani obowiązki względem Ojczyzny, rodziny, przyjaciół; czyżby tęsknota moja, którą wyraziłem w lipcu, była wykroczeniem przeciwko obowiązkom? Uczucie, które budzi tęsknotę musi, musi być wielkie i gorące. (…) Może mi się w owej chwili przypomniał czternasty dzień października, zatoka, niebo Parańskie, łódź pod żaglami, wokół wesołe twarze, a obok… droga mi i miła twarzyczka… tak blisko się czułem Pani, a jednakże jak teraz daleko. (…) Widocznym jest, iż efekt, którego Pani była bezwiedną przyczyną, nie minął dla mnie jak sen zapomniany, lecz towarzyszy mi ciągle i silnie się splata z dziedziną myśli i planów moich. (…) Prosi Pani, bym pisał dużo o sobie i o swoich planach na przyszłość. Życzenie Pani jest dla mnie miłym rozkazem, który najwierniej postaram się wypełnić. (…) Za rok kończę Szkołę Morską z dyplomem oficera mechanika marynarki handlowej. Następnie zamierzam wstąpić na politechnikę, by móc pogłębić odpowiedni zasób wiedzy i skierować go ku wynalazczości i udoskonaleniom technicznym. Podczas wakacji będę dla praktyki pływał na większych statkach transatlantyckich. Którą z Politechnik wybiorę, jeszcze na pewno nie wiem; w warszawskiej bardzo przychylnie widzą byłych uczniów Szkoły Morskiej i sporo przedmiotów zaliczają – tę mógłbym ukończyć najprędzej. W gdańskiej są bardzo dobre siły profesorskie, lecz Gdańszczanie czynią Polakom trudności, jednakże nie są nie do przezwyciężenia. Najwięcej mnie pociąga postęp i rozmach przemysłu amerykańskiego więc najpewniej edukację skończę w warunkach amerykańskich. (…)

W celach moich osobistych dążyć będę do wyciągnięcia jak najwięcej szczęścia z życia, a ponieważ w życiu samotnym od pewnego czasu nie widzę szczęścia więc będę dążył do połączenia się z ukochaną osobą, pod warunkiem, jednakże, że jestem także przez nią kochany. Inaczej, jeśli nie ma obustronnej miłości, nie może być szczęścia, a tym samym związek nie byłby wskazanym. (…) Bóg nieraz ciężko doświadcza. Może zajść ewentualność, że ona mnie nie kocha, wtenczas pęknie szczęście osobiste, a pozostanie mi życie człowieka nauki i znojnej pracy, to podobno czasem ludziom wystarcza, ale czy każdemu? (…)

Szkoda, że listy tak długo idą do Brazylii i na wymianę myśli trzeba długo czekać. Teraz, jak dostanę odpowiedź pod Pani na ten list, już w szkole się skończą wykłady i będę mógł naprzykrzać się Pani z listem co tydzień, a może i częściej. Proszę pisać nadal pod adres: Tczew, Szkoła Morska.

Pismo równie kaligraficzne, staranne, ale nieśmiałe, zrazu zadziwione, zaskoczone emocją, jakiej młoda kobieta, nigdy chyba wcześniej nie oświadczyła. Co to jest? Tamten młodzieniec, pan, mężczyzna… Marynarz na statku, gdzieś, pośród fal, daleko, daleko, tak daleko, że bliżej nie można…

Bento, 7.02.1925

Szanowny Panie! (…)

Ostatnimi czasy i ja byłam także bardzo zajęta, bo oprócz muzyki, która wymaga długich ćwiczeń, mam kilka uczennic, którym (z polecenia mojej nauczycielki) daję codziennie lekcje gry na fortepianie, z wielką dla mnie korzyścią, bo oprócz zarobku, uczę się przy tym sama bardzo dużo. (…) Ucieszyła mnie bardzo fotografia, którą mi Pan przysłał, serdecznie za nią dziękuję, a w odmianę przysyłam Panu moją jako dowód życzliwości i przyjaźni mojej dla Pana.

Kurytyba, 1.09.1925

Szanowny Panie!

Sprawił mi Pan wielką przyjemność. Ile razy oglądam ten albumik o Warszawie, mimowolnie prawie myślę: Może pan teraz tam jest? O! I ja bym tam chciała być! Gdyby moje marzenia i pragnienia moich ukochanych Rodziców się urzeczywistniły, to byśmy już dawno tam byli. Ojciec mój bowiem zawsze o tym marzył, aby móc powrócić do kraju. (…) Państwo Konsulostwo mieli być przeniesieni stąd do Europy i ja miałam jechać z nimi. Tymczasem nie zostali przeniesieni, ale wyjeżdżają na cztery miesiące do Europy. Ja nie mogę z nimi jechać, bo nie wiadomo, czy wrócą, czy zostaną w Europie? Cóż ja wtedy zrobię, jeżeli nie wrócą? Z kim będę się nadal uczyła muzyki? (…) Jest to pierwszy raz w moim życiu, że myślę o przyszłości i teraz śmiało mogę odpowiedzieć na pytanie, które mi Pan zadał: Czy zawsze jestem taka wesoła jak na „Lwowie” – że nie, że teraz już nie jestem taka wesoła jak wtedy.

Już długo jak nie mam żadnych wieści od Pana, a chciałbym mieć je bardzo często.


Grabów, 6.10.1925

Przez cztery miesiące byłem na morzu, pływałem na wielkim statku pasażerskim pomiędzy Skandynawią a Ameryką. (…) Panno Oleńko! Z Pani to chyba czarodziejka. Kiedy po pierwszym widzeniu Pani zacząłem myśleć o Pani i cenić Panią niż kogokolwiek innego, tak jest po dwóch latach i tak będzie chyba przez całe życie… (…) Panno Oleńko, prawda, że Pani zechce odpisywać na każdy list w przyszłości? (…) Jutro wyjeżdżam do Warszawy, na Politechnikę i tam stale będę zamieszkiwał.

Warszawa 27.06.1926

Kochana Panno Oleńko! (…)

Wiosną będąc na święta u rodziców spotkałem pierwszą jaskółkę. Siadło biedactwo opodal na krzaczku bardzo zmęczone, znać wracało ze swej corocznej podróży do krajów podzwrotnikowych; przyszła mi dziwna myśl, zapytałem: czy Panna Oleńka zawita w tym roku do Polski? Ptaszyna odpowiedziała żywym świergotaniem – tak, tak, tak. Do ptasząt mam bezwzględne zaufanie i wierzę, że się to sprawdzi.

Dwa i trzy czwarte roku mija jak opuściłem Paranagua, lecz bywają chwile, że i się zdaje iż to zaszło wczoraj; chciałbym wtenczas być falą radiową, ażeby z Panią móc się serdecznie i długo narozmawiać i napatrzeć. (…) W maju (dni Przewrotu Majowego 1926 roku – podkr. M. K.) mało brakowało, ażebym napisał do Pani od Pana Boga. W czasie walk ulicznych śledziłem przebieg bitwy i w miejscach najgorętszych starałem się być, mimo że parę osób obok mnie padło zabitych – mnie się nic nie stało. Z okien w czasie walk nie wolno było wyglądać; ja sobie otworzyłem okno i obserwowałem bitwę tocząca się pod oknami. Jeden z żołnierzy krzyknął trzy razy bym się schował, lecz ja zajęty, w zgiełku nie usłyszałem, więc zmierzył mi w głowę z karabinu, inny żołnierz powstrzymał go i gwizdnięciem ostrzegł mnie, iż należy się schować. Widocznie komuś jeszcze jestem potrzebny na świecie

Kurytyba, 22.07.1926

Panie Stanisławie!

Chociaż już dawno się domyślałam, że Pan mnie kocha, jednak teraz, chociaż mi bardzo przykro, czuję, że powinnam Panu napisać całą prawdę. Panie Stanisławie! Ja nie mogę Panu przesłać ani słówka wzajemności, nie mogę powiedzieć: kocham Pana! Ja byłam wtedy za młodą, abym mogła Pana pokochać. Niech Pan sobie przypomni dzień, w którym się poznaliśmy. Ja miałam wtedy zaledwie 15 lat, byłam jeszcze dzieckiem. Myślałam prawie tylko o zabawach, nigdy nie myślałam o miłości, dziwiłam się tylko, jak można pokochać człowieka zupełnie obcego, którego się widziało zaledwie kilka razy albo tylko raz. (…) Pamiętam dobrze dni spędzone na „Lwowie”. Pamiętam, że Pan był zawsze ze mną, pamiętam jakeśmy jeździli łódką, a wreszcie już przy końcu, kiedyśmy mieli odjeżdżać, mówił Pan, że mnie kocha i pytał się czy będę mu wzajemną. Ale ja nie rozumiejąc nawet znaczenia Pańskich słów, myśląc o czymś innym, odwróciłam głowę i odpowiedziałam: Nie wiem.

Gdy otrzymałam pierwszy list, zdziwiłam się, że taki długi, podobał mi się bardzo, zrozumiałam go nawet, ale nie odczułam. A jak odczytuje teraz, to serce mi bije jak młotem, bo teraz ja nie tylko go rozumiem, ale i odczuwam… (…) Mam nadzieję, że zobaczymy się wkrótce, może jeszcze przed rokiem, gdyż Rodzice mają zamiar wyjechać do Polski. (…) Rodzice dysponują kapitałem 6 tysięcy dolarów. Czy za taką sumę można by nabyć jakiś folwarczek? (…) Patrzę w to rozpłakane, smutne niebo. Cóż robić w taki czas? Skończę pisać i będę grała ciche, smutne preludia Chopina. Chciałabym, żeby Pan słyszał. Co za rozkosz tak grać, sama, po ciemku, słuchając jak krople deszczu padają na dach. Myślę, że musi być jeszcze lepiej grać komuś, kto rozumie myśli grającego i zarazem z nim czuje. Ja nie mam komu grać, nikt mnie nie zrozumie, więc gram sobie… sama… Oleńka.

Warszawa 15.08.1926

Kochana Panno Oleńko!

Miałem o Pani bardzo miłe dla mnie wiadomości, od Stanisława Błady, który znał Panią osobiście w Kurytybie. Mówił mi, że Pani daje piękne koncerty, zastępuje Pani panią Miszke w prowadzeniu tańców rytmicznych i w ogóle cieszy się Pani dobrą sławą i ogólną sympatią. Te wiadomości tak mnie uszczęśliwiły, że w ogóle zdawało mi się przez cały tydzień, iż czuję obecność Pani obok. Dzień rozstania zdawał mi się dniem wczorajszym, myśl dostawała skrzydeł i nie było przestrzeni, która by mnie od Pani dzieliła.

Dziwne są zrządzenia losu; los chciał, że pojechałem do Brazylii, tam Panią poznałem… krótko się znaliśmy, lecz to wystarczyło bym sobie powiedział, przy wyjeździe z Paranagua: Niech Bóg o mnie zapomni, jeśli ja o Niej zapomnę. (…) Po każdym liście stwierdzałem, jak drogą mi jest Pani. Dziś po trzech latach stwierdzam, że Pani bezwiednie wplotła się w moje życie, zawsze, kiedy spojrzę w moją przyszłość widzę Panią. Gdy pomyślę o Pani czuję się szczęśliwszym i mam większą energię do pracy. Uczucie, które mnie opanowało w Kurytybie przy pierwszym spojrzeniu na Panią, w formie jeszcze nieokreślonej, skrystalizowało się w Paranagua, i towarzyszy mi nieprzerwanie dotąd, to uczucie nazywa się miłość, po rozłące nie zgasło ono, a rozgorzało. Sienkiewicz powiedział, że „rozłąka działa na miłość, jak wiatr na ogień, który może tylko świecę zgasić, płomień zaś w pożar przemieni!”. Ten pożar płonie we mnie; o ile nie dostanę słów pocieszenia od Pani – spali mnie chyba! (…) Myślę o Pani we śnie i na jawie, Pani jest złączona z moimi ideałami, jest Pani moim szczęściem, moim życiem, moją przyszłością!

Dawni mistycy, romantycy, dzisiejsi okultyści i teozofowie twierdzą:” Każdy mężczyzna lub kobieta, ażeby stać się człowiekiem idealnym musi znaleźć swoje uzupełnienie w płci przeciwnej. Wola Najwyższa wyznaczyła w przedwieczu każdemu to uzupełnienie, w szeregu reinkarnacji (wcieleń) ziemskich dążą do siebie by się połączyć. Sama obecność jednej strony daje drugiej uczucie szczęścia i doskonałości. Już od trzech lat mam niezłomne przekonanie, że tym uzupełnieniem dla mnie przeznaczonym jest Pani.

W Pani więc maleńkie rączki składam moje szczęście, moje istnienie. Uczyni pani co Jej dobre serduszko podyktuje. Proszę mi koniecznie powiedzieć, czy Pani o mnie myśli. Jedno słówko, którego oczekuję może nie uczynić najszczęśliwszym z ludzi. Łączę najserdeczniejsze pozdrowienia. Stach.

Listopad 1927

(…) Wróciłam z próby dopiero o pół do dwunastej, chciało mi się spać, ale cóż robić? Obiecałam sobie, że dziś muszę napisać list, więc trzeba się brać do pisania.

Panie Stanisławie. Zaszła we mnie pewna zmiana (nie wiem, czy dobra, czy zła?), bo oto jestem zakochana. Miłość moja jest idealna. Kocham człowieka, którego każdy Polak kochać powinien, bo jeśli kto mówił o nas na ruinach dawnej świetnej przeszłości, na gruzach wolności, jeżeli kto nie tylko nie dał Europie o Polsce zapomnieć, lecz stał się rzecznikiem mocy, które istnieją w głębi Polskiego ducha, to właśnie On!

A że przemawiał do ludzi, nie w języku obcym całej Europie, i trudnym, ale w mowie najsilniej na uczucia działającej, w mowie tonów, przeto najsilniej do ludzi przemawiał i nie dał o nas zapomnieć.

Czy Pan już wie kto? – Chopin!

Jego kocham całym sercem.

Dawniej, kiedy dopiero zaczynałam się uczyć grać na fortepianie, byłam na koncercie sławnego skrzypka rosyjskiego, Czerkasowa, i tak byłam zachwycona jego grą, że zaczęłam żałować, że nie gram na skrzypcach. Ale teraz kiedy poznałam Chopina, nie żałuje już więcej, gdyż grając na skrzypcach nie poznałabym Chopina, największego kompozytora nie tylko polskiego, ale całego świata!

Tęsknie za morzem. Dopiero gdy się jest na morzu odczuwa się cały ogrom tego świata, a mimo tego nie czuje się człowiek wobec tej potęgi słabym, bo wie, że kiedyś, nie siłą, lecz rozumem, ją opanuje, i będzie mógł zajrzeć w najdalsze głębiny, w beznadziejnie ciemne noce, a wtedy zobaczy monstra. Może jeszcze okropniejsze od przedpotopowych. Francuski pisarz Itelli powiada, że przy pomocy nowych wodnych lamp znajdą się ludzie nieceniący życia. Nie obawiający się potworów morskich, a przezwyciężywszy miażdżąca siłę ciśnienia, przeszukiwać będą dna morskie, choćby już nie dla wiedzy i wspaniałości morskich, ale dla skarbów, jakimi dna te są wysłane.

Do tej pory jednak Neptun zazdrośnie dzierży klucz tajemnic morskich.

Tak rozmyślałam, gdyśmy jechali z Rio do Kurytyby, a morze było takie cudne (nigdy tego nie potrafię opisać). I wydawało mi się tak dobre, łagodne, miękkie. Gdybym je mogła przepłynąć i znaleźć się w Warszawie, albo nie, lepiej gdzieś daleko na wsi. Chciałabym zobaczyć polską wiosnę, taką jaką opisuje Kraszewski w „Ostapie Bondarczuku”. Słusznie też mówi: „Nie chciałbym kraju ciągłej wiosny, bez zimy ani towarzystwa człowieka, na którym powrót tej pory nie robi wrażenia”.

Patrząc na morze, na góry widniejące w oddali, na obłoki różowe, na mewy latające i kąpiące się w blaskach słonecznych, mimo woli prawie się myśli: jaki ten świat jest piękny! A człowiek mógłby być tak szczęśliwy! A jednak tak nie jest. Dlaczego? Gdyby człowiek był wolnym i mógł latać tak jak te mewy kąpiące się w blaskach słonecznych, byłby może szczęśliwszy. Ale człowiek niestety sam z własnej woli zamknął się w cuchnących norach bez szczeliny na pogodny, słoneczny świat! Z własnych poglądów wybudował sobie więzienie bez okien i drzwi i nie może z niego wyjść. Iluż to ludzi nie widzi prawie słońca, od rana do wieczora pracując czy to w jakimś biurze, czy w fabryce, czy też w kopalniach.

Czytałam teraz bardzo dobra książkę Rollanda, „Colas Breugnon”, który chce przekonać wszystkich, że można stworzyć raj, ale nie gdzieś w zaświatach, lecz tu na ziemi, którą niektórzy zwą piekłem bez szatanów, a szatanami są ci, którzy zatracili wiarę w piękno i nie widzą go nigdzie, ani na ziemi ani w sobie.

Tymczasem jednak trzeba pożegnać się z morzem, bo niedługo będziemy z powrotem w Kurytybie. Jaka szkoda! Chciałabym tutaj zostać dłużej.

(…) Czasami zdaje mi się, że ja Pana kocham, i to bardzo, bardzo, a jak nie mam od Pana długo wiadomości, jak np. teraz, to nie mogę sobie dać rady.

A teraz dobranoc. (…) Oleńka

Warszawa, 25.02.1927

Droga P. Oleńko!

Przed chwilą, to znaczy przed dwoma godzinami otrzymałem od Pani list, przez cały ten czas odczytywałem go parokrotnie i rozkoszowałem się nim. Nie przypuszcza Pani nawet, jak mi on był potrzebny. (…) Pisze Pani, że francuski pisarz Stelli powiada, że przy wynalazkach ludzie pokonają miażdżące ciśnienie i zajrzą już choćby dla skarbów na dno oceanu. On to naprawdę jak poeta ujmuje z entuzjazmem i tworzy piękną fantazję. (…) Według mnie, jeśli człowiek zajrzy do wielkich głębin oceanu to nie dla bogactw, lecz dla pięknych widoków ukrytych na dnie oceanu. Bogactwa jakie są na dnie mórz, są osadami soli kamiennych, potasowych, magnezowych, raf koralowych itp. Po wielu tysiącach lat dno oceanu wyłania się i odsłania te osady. Np. Środkowa Europa (i Polska) była już 6 razy dnem oceanu, tak wykazuje geologia, stąd sole w Wieliczce, Bochni, Kałuszu, Stebniku, (…) Panno Oleńko! Niech Pani częściej pisze do mnie, ja tęsknoty mojej duszy wypowiadam w listach do Pani, muszę mieć oddźwięk ich od czasu do czasu. U Pani inaczej, tęsknoty i porywy duszy muzyka łagodzi, w niej się one wyładowują. Listy Pani rozpromieniają szarzyznę mego życia i każą i pamiętać, że mam kogoś miłego za oceanem. (…) Pani jest mi siostrą duchową, cząstką mego jestestwa, więc byłoby dobrze, gdyby mnie Pani nazywała po prostu Stachem, a ja, jeżeli Pani pozwoli – Oleńką, czy dobrze?

Warszawa, 15.07.1927

Doga Oleńko!

Najpierw czuję się w obowiązku podziękować Ci stokrotnie za przyzwolenie nazywania ciebie po imieniu i za fotografię. (…) Piszesz: „Boże jak to już dawno, aż strach pomyśleć…, ile czasu upłynie jeszcze do naszego spotkania?”. Dobiega czwarty rok od naszego rozstania, uczucia, które nas łączą wytrzymałą próbę czasu, cztery lata to nie żarty. Do naszego spotkania upłynie, sądzę, nie więcej niż dwa lata. Za dwa lata kończę moją uczelnię i będę wolny jak ptak. Gdybym się chciał doktoryzować musiałbym pracować w uczelni jeszcze jeden rok, lecz z doktoratu na razie zrezygnowałbym, gdyż spieszno mi do Brazylii. Istnieje jeszcze jedna kwestia materialna, chciałbym mianowicie mojej Żonie zapewnić od razu królewski byt, nie mógłbym się nigdy zgodzić, żebyś Ty cierpiała jakikolwiek niedostatek. (…) Zamierzam po przyjeździe do Brazylii zająć się poważnie nią jako rynkiem zbytu polskiego przemysłu i handlu, a to będzie naprawdę bardzo lukratywnym interesem.

Grabów, 7.08.1927

Droga Oleńko!

Pożegnałem Cię dziewczynką, podlotkiem, obecnie widzę Cię na fotografii dorosłą damą. (…) Zapewne i ja bardzo się zmieniłem, (…) podobno bardzo zmężniałem; widziałaś mnie chłopcem, a obecnie zobacz mnie mężczyzną. (…) Piszesz mi: „Ile czasu jeszcze upłynie do naszego spotkania i jakie to będzie spotkanie?”. I ja nieraz stawiam sobie podobne pytanie. (…) Jedno mogę tylko z pewnością powiedzieć, że uczucia nasze (czy wolno mi powiedzieć: nasze?) wytrzymałą próbę czasu, chodzi o to, by wytrzymały próbę życia.  Wierzę, iż jakaś siła wyższa kierowała naszymi losami, że spotkaliśmy się. Ona zrządziła, że zapłonęło uczucie i wierzę mocno, iż doprowadzi do połączenia nas na wieki. (…) Oleńko! Nie dajmy się życiu, bo ono może ludzi rozdzielić, wysuwając wiele pokus; podajmy sobie myślowo ręce, częściej dzielmy się myślami i wszelkimi zamiarami i mocnym postanowieniem dążmy na spotkanie siebie. Od zmysłów prawie odchodzę, gdy przypomnę sobie, że Ty mogłaś pomiędzy mymi własnymi rękoma wykopać przepaść, jednakże przeznaczenie inaczej chciało. (…) Ty, Oleńko, obok obowiązku pracy byłaś mi nieraz puklerzem przed wszelkiego rodzaju niedorzecznymi wybrykami, bądź i pozostań nim na zawsze. Puklerz ten jest skuteczny, jeśli wiem, że Ty o mnie pamiętasz, pisujesz do mnie czasami, pomyślisz o Stachu i będziesz o mnie pamiętała do chwili mojego przyjazdu, który nastąpi za dwa, najdalej trzy lata. (…) Oleńko, droga Dziecinko, mówisz, że masz do mnie zaufanie jak do nikogo na świecie. Otóż powtarzam to co już pisałem, że kocham Cię wszystkimi władzami duszy mojej, każdej chwili chciałbym być przy Tobie, gdybym Cię stracił, przestałbym istnieć zupełnie chyba. (…) Chcę skończyć wykształcenie, zdobyć pozycję w świecie i sławę, i środki materialne, by Ci zapewnić taki byt, jaki pragnąłbym Ci dać – byt królowej. (…) A więc jeszcze dwa lata cierpliwości i zobaczymy się. To tak szybko zleci, od naszego rozstania tak szybko cztery lata upłynęły. (…) Napisz: 1) czy Ty mnie chociaż troszeczkę kochasz, bo tego nigdyś mi wyraźnie nie powiedziała; 2) czy będziesz mogła czekać na mnie dwa lata, ewentualnie wcześniej może sama przyjedziesz? 3) Proponuję dać sobie wzajemnie słowo, że się niczego nie postanowi ważnego o swojej osobie, bez uprzedniego porozumienia się wzajemnego listownie. (…)

Całuję stokrotnie kochane łapki i łączę serdeczne pozdrowienia dla Ciebie i Rodziny. Stach.

P.s. Obecnie bawię na wakacjach u Rodziców, przywiozłem im radioodbiornik z zasięgiem: cała Europa, na głośnik. Bardzo się cieszą, że im sprawiłem przyjemną rozrywkę.

Kurytyba, 01.03.1928

Panie Stanisławie!

Jakże powoli wloką się dnie, godziny, gdy się na coś czeka z taką niecierpliwością, jak ja czekam na list od Pana. (…) Nie wiem, co mam robić. On także się męczy i czeka, kiedy nareszcie dam odpowiedź, już pewnie zwątpił, czy go kocham. A ja, Panie Stanisławie, jestem pewna, że byłabym z nim szczęśliwą. Ale są przeszkody. Gdyby nie te przeszkody, a przede wszystkim, gdyby nie ten głos w duszy, który mi każe czekać na Pana, dawno już bym zdecydowała. I już byłam nawet zdecydowana, ale cofnęłam się w ostatniej chwili. Nie będę opisywała szczegółów, jeżeli Pan przyjedzie to opowiem, a wtedy przekona się Pan, ile przez ten czas wycierpiałam.

Liczę dnie i godziny do otrzymania listu, i modlę się prosząc, żeby zamiast listu – Pan przyjechał. Pan nie wie, jak długo walczyłam ze sobą nim zdecydowałam prosić, żeby Pan przyjechał. Ale tak dalej żyć jak teraz nie mogę, to jest niemożliwe. To za ciężko dla mnie i dla Rodziców.

Kurytyba, 1928

Panie Stanisławie!

Obiecałam Panu, że nic o sobie nie postanowię nim się z Panem listownie nie porozumiem. Nie pisałam do Pana przedtem tak długo, bo muszę Panu wyznać, że byłam zajęta kimś innym. Jednak myśl o Panu wstrzymała mnie przed daniem stanowczego i najważniejszego kroku w życiu. Gdyby nie to byłabym już może zamężną. Ale w duszy zawsze mi coś mówiło, żeby czekać jeszcze na Pana. (…) Musimy nareszcie coś pewnego postanowić. (…) Dlatego chciałabym, żeby Pan przyjechał i żebyśmy nareszcie coś pewnego postanowili.

CDN


Dodaj komentarz