Życie marynarza.

Los jego najbliższych. Czymże są w porównaniu z opisami sztormów, cyklonów czy – w czasie wojny – atakiem zdradzieckich torped. Półki uginają się pod ciężarem opowieści o mozole roboty pokładowej. Nie stronią od anegdoty, wyrafinowanego żartu. Pochylają się nad losem człowieka oderwanego od lądu i najbliższych, ale szczęśliwego, bo… doświadczającego potęgi oceanu. Fantastyczne zachody, rozgwieżdżone noce, Krzyż Południa, orki, jakiś statek na horyzoncie. Kiedyś w porcie list, dziś w każdej chwili telefon. Ale zawsze bez wyczuwalnego obok, spokojnego oddechu drugiej osoby. Dzisiejsza opowieść nie jest tak szara jak beznamiętne może być tylko morze. Ono nie uwzględnia żadnych próśb. Dzieli i przepełnia bólem. Skazuje na niewyobrażalne cierpienie. Ale nie o ból fizyczny tu idzie, lecz o tęsknotę. To jedyna namiętność, na którą nie ma lekarstwa. Gdyby nie morze, nie statek, nie rejs, nie błysk w oku dziewczyny z drugiego końca świata… Tak, cudowne potrafią być początki… tragedii. Stach, uczeń pierwszego rocznika pierwszej polskiej szkoły morskiej w Tczewie, popłynął na Lwowie do Brazylii. Tam, w szalupie wożącej Polonusów na pokład żaglowca, poznał Oleńkę. Dziecko jeszcze. Sam ledwie krzepł, dorastał. Ale… zakochał się. Choć wtedy pewnie nie rozumiał jeszcze, co stan ten oznacza. Młodzieńcza fascynacja najpierw jego, a po dwóch, trzech latach także ją, przekonała, że są dla siebie stworzeni. Mijały miesiące, lata, piętrzyły się trudności, ale oni oboje byli przecież po słowie. Mój Boże! Kilka chwil spędzonych razem zrodziło wizję szczęścia, która niemalże do obłędu ich doprowadzała. Trzy, cztery, sześć, siedem lat marzeń o ponownym spotkaniu, o małżeństwie, o szczęściu. Przeczytaliśmy już część pierwszą listów związanych niegdyś czerwoną wstążką, które pan Stanisław Wojciechowski przekazał mi w połowie lat 80. XX wieku. – Proszę uwolnić tę miłość… – powiedział. – Niech żar naszego z Oleńką uczucia nie pozostanie tylko tajemnicą oceanu. Tego tyrana i cudotwórcy zarazem, dzięki któremu przeżyłem najwspanialsze chwile w moim życiu. Ile podobnych, tragicznych historii zapisało morze na swoich wiecznie poszarpanych wiatrem falach? Spoglądajmy na daty listów i dokończmy tę opowieść, nie wstydźmy się przy tym westchnienia. Wszystkiemu winne jest morze. Ono stworzyło tę jakże trudną, ale i piękną miłość.

Część druga

Warszawa, 3.11.1928

Panno Oleńko! (…) W liście z 22 lipca br. zadaje mi Pani kilka ciekawych pytań. (…) Byłem wtenczas w mniemaniu, że się Pani w kimś bardzo kocha (nie we mnie w każdym razie), że ja tylko przeszkadzam i moja osoba wprawia Panią w rozterkę duchową, czułem, że ja powinienem się usunąć, by się Pani nie męczyła. (…) W takich razach można się mylić i chciałem, bym się mylił, by Pani mi w następnym liście zaprzeczyła: „Nie jestem w nikim zakochana”. W każdym razie wywnioskowałem, że tamten pan co najmniej cieszy się większą przyjaźnią Pani niż ja, a ponieważ Pani wobec mnie była do pewnego stopnia słowem związana („Niech Pan będzie o mnie zupełnie spokojny, nic o sobie ważnego nie postanowię nim Pana nie poznam” – list z dnia 26.01.1928), co krępowało wolność Jej decyzji – bodźcem do powzięcia z mojej strony postanowienia było: „Jestem pewna, że byłabym z nim szczęśliwa” (list z dnia 1.03.1928), to w imię szczęścia Pani, które z taką pewnością było wyrażone powyżej, postanowiłem rozwiązać wszystkie skrupuły Pani względem mnie i wtenczas to pisałem, by bez względu na mnie czyniła to, co Pani uważa za potrzebne dla swojego szczęścia. Widziałem, że Panią tracę, cały gmach budowany przez cztery lata runął, było to dla mnie bardzo bolesne. (…) Byłem przekonany, że Pani wyszła za mąż i mi nie odpisuje, ta myśl wracała do mnie natrętnie, lecz usilnie ją odpędzałem, starając się o tym nie myśleć. Dowiedziałem się w lipcu, iż w czerwcu jeszcze nie była Pani mężatką, a ponieważ rozgłos o sukcesie koncertowym i do mnie dotarł, pospieszyłem czym prędzej, by złożyć gratulacje i przypomnieć się nieśmiało, że istnieję. Co za dziwny zbieg okoliczności, w tym samym dniu, kiedy ja do Pani pisałem pocztówkę z gratulacjami, Pani zdecydowała się mi odpisać, widocznie fale myślowe uprzedziły list i wyraziły moją niemą prośbę. (…) W dalszym ciągu pyta mnie Pani, czym nie zmienił przekonań i nie zapomniał o Pani? (…) „Dziwi mnie nawet to, że Pan, człowiek poważny i tak realnie się na życie zapatrujący, potrafił zakochać się w dziewczynie, którą tylko raz w życiu widział. Podziwiam Pana coraz więcej”. (…) Wyjeżdżając z Brazylii przed pięcioma laty, miałem na Lwowie rywali; dla zamanifestowania swoich żywych uczuć ryli oni na ławkach do siedzenia imię „Oleńka”, przeciwko czemu protestowałem. Po kilku miesiącach z ich uczuć, z zapałów pozostał tylko napis na ławce, a u mnie to imię wyryło się głęboko w duszy. Kurytyba¹, 1.01.1929 (…) Pisze Pan, że staram się bardzo wymownie sprostować pewne zdania z listów, aby rozwiać Pańskie złudzenia. Sprostować nic nie mogę, bo co już raz napisałam, to dlatego, że wtedy kiedy pisałam, naprawdę Pana kochałam i byłam, niech mi Pan wierzy, szczerą. A to dlatego, że ja nie umiem być zimną. Gdy odbierałam od Pana listy, w których były serdeczne i ciepłe słowa, w których czytałam, że Pan mnie kocha, to ja także nie mogłam być na to nieczułą i zimną, i gdy na te listy odpisywałam, to kochałam Pana. Miałam często takie chwile, w których byłam pewną, że Pana kocham, dopiero później zastanawiałam się nad tym, że nie mogę powiedzieć kocham, ponieważ za mało Pana znam. Nie wiem, czy mnie Pan rozumie?

Warszawa, 4.02.1929

Panno Oleńko! (…) Oleńko, proszę bardzo, bardzo nazywać mnie nareszcie Stachem, ja także porzucę ten niedorzeczny ton oficjalny, ażeby się mogła wytworzyć bardziej ciepła i serdeczna atmosfera, ułatwiająca wymianę myśli. (…) Wieczorem modliłem się niejednokrotnie do Boga, by zesłał na Ciebie wszelkie zalety i cnoty, by rozwinął istniejące, by – jeżeli jest taka Jego Wola Najwyższa – pozwolił nam się połączyć w idealne małżeństwo… Gdy tak modliłem się co wieczór przez miesiąc, przychodziły na mnie chwile, że rzuciłbym wszystko i biegł do Ciebie, zaprzestawałem modlitw, bo czułem, że władzę tracę nad sobą i nad swoimi zadaniami, widocznie modlitwy były wysłuchane. Ja dziękuję Bogu, że stanęłaś na mojej drodze życia, wierzę mocno, że Tyś moim przeznaczeniem, moim uzupełnieniem, dopełnieniem do wyższej fazy doskonałości, Tyś moją potrzebą życia, źródłem natchnień i drogą do wspólnej doskonałości, Tyś mi przeznaczona od Boga i żaden los mi nie może krzyżować drogi do Ciebie. (…) Chciałbym ze słów tworzyć róże, splatać zeń wieńce i otoczyć Twoją główkę, chciałbym, by chóry anieląt na harfach do snu Ci przygrywały, chciałbym, aby Apollo czuwał zawsze nad rozwojem Twoich uzdolnień artystycznych, byś jak Orfeusz swą muzyką mogła czarować nawet stworzenia Hadesu, by Ci nigdy powodzenie i rozgłos nie przysłoniły zadań kobiety i osobistego szczęścia, byś nigdy nie zatraciła siebie, swej indywidualności, by szczęście nie opuszczało Cię nigdy, byś była zawsze i przez wszystkich kochaną, by był ktoś przy Tobie zawsze, kto by Cię bezgranicznie kochał, kogo byś obdarzyła największym zaufaniem i równie silną i stałą miłością, by on zawsze odpędzał wszelkie troski od Ciebie, byś się oparła na jego silnym ramieniu i drwiła sobie z burz życiowych, by serca i dusze zespoliły się w tak cudną harmonię, że nawet troski życiowe przetapiały się w jedną cudną, zaczarowaną bajkę.

Warszawa, 10.02.1929

Dzisiaj termometry wskazują poniżej –30°C, w nocy nawet poniżej –32°C. (…) Byłem u Państwa Miszke. Pan Miszke o Tobie wyrażał się z wielkim uznaniem. Mam wrażenie, że lekko się zdziwił, gdy mu oświadczyłem, że jadę do Brazylii, powiedziałem mu, że oprócz celu natury osobistej mam jeszcze cele społeczno-gospodarcze. (…) Poza tym rozmowa nasza toczyła się o rozwoju naszej floty, o naszej ekspansji zamorskiej, pytał mnie, czy nie wracam do marynarki. Powiedziałem, że nie lub w bardzo zmienionym charakterze i już nie jako oficer okrętowy, dla powodów: 1) marynarz nigdy nie może urządzić odpowiedniego ogniska domowego, a o ile już urządzi, to będzie w niezgodzie z żoną lub okrętem 2) okręt jest w dalszej perspektywie zbyt ciasnym terenem działania dla mnie 3) na morzu z powodu ciągłej wilgoci łatwo się nabawić reumatyzmów, a one już zaczęły mi na okręcie zagrażać.

Warszawa, 24.02.1929

Oleńko! Żadne listy sądzę, żadne pióro nie potrafi jednakże odtworzyć stanu duszy ludzkiej; wiele z zewnętrznych stanów ludzkiego intelektu potrafi wydźwięczyć struna w ręku artysty, wiele odzwierciedli pędzel malarza w harmonii barw i tonów; wiele przejawów duszy ludzkiej uwieczni dłuto rzeźbiarza, kielnia budowniczego, myśl filozofa, słowo wieszcza, mówcy lub pieśniarza. Lecz są przejawy duszy, których wszystkie połączone sztuki ludzkie nie są zdolne odtworzyć, które mogą być odczute tylko przez subtelne, prawe, dobre i czułe serduszko kobiety… Prawdziwa miłość między dwojgiem ludzi stwarza ten stan, iż dla zrozumienia uczuć i myśli jednej strony, druga wprost wyczuwa to wszystko, bez jakiegokolwiek ujawnienia zewnętrznego.

Piszę do Ciebie „Kochany Stachu”. Jestem pewna, że kiedyś będziesz moim bardzo kochanym Stachem, więc mogę śmiało tak pisać. Prawda?

Kurytyba, 6.03.1929

Warszawa, 9.03.1929

Oleńko, chciałbym sobie Ciebie w mojej wyobraźni całkiem odtworzyć, ciekawi mnie Twój wzrost. Bądź łaskawa zmierzyć się, ile centymetrów mierzysz w bucikach na niskich obcasach i bez kapelusza.

¹ Kurytyba – główny ośrodek polonijny w Brazylii, nazywany przez mieszkańców z polskimi korzeniami „Chicago Ameryki Południowej”. Miasto liczące obecnie, razem z przedmieściami, 3 miliony mieszkańców zamieszkuje, według różnych źródeł, od 87 do 300 tys. osób polskiego pochodzenia (źródło: Wikipedia).

Warszawa, 27.03.1929

Oleńko! Ze specjalnym napięciem oczekuję listu od Ciebie. Spodziewam się go na Wielkanoc, nie znajdę spokoju, gdy nie nadejdzie. Naprawdę, proszę bardzo, pisuj chociażby krótko, ale częściej.

Warszawa, 29.03.1929

Moje otoczenie twierdzi, że jestem człowiekiem przedsiębiorczym. Rzeczywiście, posiadam zdolność przystosowania się do warunków i opanowania sytuacji. W jesieni 1925 roku, gdy porzuciłem okręt i zapisałem się na Politechnikę w Warszawie, trafiłem w kraju na zupełnie zmienione warunki, wielki kryzys, ludzie na ulicach z głodu padali. Ja jako dorosły mężczyzna nie mogłem korzystać, gdyż ambicja mi nie pozwalała, ze stałej pomocy Rodziców; rodzice dopiero teraz się dowiedzieli, że zarabiałem wówczas 90 do 100 zł miesięcznie i za to musiałem wyżyć, więc chodziłem na wykłady, podobnie jak większość studentów, bardzo głodny. Po roku już się urządziłem dobrze, iż zawsze pewien zapas gotówki utrzymywałem w banku. Obecnie zarabiam przeciętnie 1000 zł miesięcznie (około $100,00), poza tym zatrudniam dwóch kolegów studentów, którzy stąd czerpią utrzymanie, mógłbym znacznie zwiększyć swoje dochody, lecz znowu, moja praca w Wyższej Szkole Handlowej uległaby opóźnieniu, co jest ze względu na wyjazd do Brazylii niedopuszczalne. (…) Trudniejsza sprawa jest z Rodzicami, którzy dotąd stanowczo oponują przeciwko memu wyjazdowi, lecz jako marynarz mam dużą swobodę i przyzwyczaiłem Rodziców do nagłych i nieuniknionych posunięć. Poza tym Rodzice zbyt mnie kochają, ażeby mi przeszkadzali wtenczas, gdy chodzi o moje szczęście.

Warszawa, 27.04.1929

Oleńko, przesyłam Ci kilka książek. (…) „Mój system”, Müller2. Bardzo gorąco polecam Ci ten podręcznik do codziennych ćwiczeń (tylko nie zaczynaj zbyt forsownie, byś się przy kąpielach nie zaziębiła, pokój zawsze przed ćwiczeniem dobrze wywietrzyć). Ileż to kobiet nie może wypełnić obowiązków, jakie na nie nakłada małżeństwo, tylko dlatego, że zaniedbały fizyczny rozwój, nieraz dając nowe życie, same przechodzą okropne boleści, popadają w kalectwo, a nieraz walczą ze śmiercią. Prawidłowy rozwój fizyczny jest źródłem zdrowia, pewności siebie, zadowolenia i szczęścia. Z rozwojem intelektualnym musi także postępować rozwój fizyczny, wszak przyjemnie jest posiadać kształty Venus Milońskiej, a to może nastąpić już po paromiesięcznych ćwiczeniach Müllera, i to tylko 15 minut dziennie. (…) Dowiedziałem się od pani Miszke, że jesteś wysoką, być może wyższą ode mnie, gdyż ja mierzę 164 cm.

Warszawa, 14.06.1929

Naprawdę, małżeństwo (dobre) to wielka i święta rzecz, bez której rozwój dalszy osobników płci przeciwnej byłby niemożliwy, bez którego śmierć nie byłaby pokonaną, a dalsze doskonalenie się ludzkości byłoby zahamowane.

Kurytyba, 14.07.1929

Kochany Stachu! Szybkimi krokami zbliża się czas naszego spotkania. (…) Gdy przyjedziesz, opowiem Ci, jak byłam wychowywaną, na razie powiem Ci tylko, że książki: „Na ustach Stwórcy” i „Na ślubny kobierzec” muszę chować, ażeby Ojciec czasem nie odkrył, bo gdyby je przeczytał i dowiedział się, że to od Ciebie, uważałby to za rzecz niemoralną, a pannę takie książki przyjmującą od mężczyzny za nieskromną i się narzucającą. (…) Wiem, że Ojciec uważałby za niewłaściwe, ażeby mężczyzna pisał do panny takie rzeczy, jakie Ty pisałeś do mnie w ostatnich listach. Uważałby to za brak poszanowania. Ale ja w to nie wierzę, Stachu, prawda, że tak nie jest? Wiem, że gdybyś mnie nie szanował, to nie chciałbyś, bym została Twoją żoną.

W inscenizowanych scenach nad morzem: Kasia Zielińska

Busko Zdrój, 11.08.1929

Droga Oleńko! Ostatniej nocy przeciągała straszna burza – spać nie mogłem. Pioruny waliły, błyskawice oślepiały blaskiem, przerywając raz po raz czarną sadzę nocy – myślałem o Tobie, bliskość ujrzenia Ciebie rozjaśniała mi duszę i jednocześnie rzucała mi mrok niepokoju. Co będzie, gdy się spotkamy? Czy odpowiem Twym pragnieniom, czy spełnię Twe marzenia? Czy bujna fantazja nie poniosła nas zbyt daleko, czy myśmy z oddalenia się nie „przeidealizowali” wzajemnie? Jednym słowem, przygotujmy się na kompromisy.

Kurytyba 10.09.1929

Co za szkoda, że listy tak długo idą. Jakby to dobrze było, gdybyś ten list otrzymał na przykład jutro, a ja miałabym odpowiedź pojutrze. (…) Niedługo będziemy mogli ze sobą rozmawiać… Boże, jak ten czas się dłuży, a jednak jak szybko leci. (…) Oby ten dzień nadszedł jak najprędzej. Myślałam dawniej, że będę zupełnie spokojna, ale teraz widzę, że tak nie jest, nie potrafię spokojnie myśleć o naszym spotkaniu. (…) Tak samo myślę, czy jestem taką jaką Ty sobie wyobrażasz? Czasem, gdy sobie przypomnę, jaka byłam wtedy, na Lwowie, to dopiero widzę, jak bardzo się zmieniłam.

Warszawa, 15.09.1929

Oleńko, obecnie zdaję egzaminy; pisemne już złożyłem, około 1 października będzie koniec, o wyniku napiszę niezwłocznie. Pozostanie mi jeszcze z miesiąc czasu na wykończenie pracy dyplomowej i jakieś 2 tygodnie na likwidację moich spraw, pożegnania z rodziną etc., formalności paszportowe i ewentualne wprowadzenie poprawek do pracy i, jak przewidywałem, sądzę, że wyjadę w listopadzie.

Warszawa, 25.11.1929

Oleńko! Bardzo Cię przepraszam za moje opóźnienie w przyjeździe, jest mi tym bardziej przykro, że w tym jest także dużo mojej winy, że tak prędko, jak przewidywałem, nie mogę skończyć mojej pracy. (…) Oleńko! Bądź dobrej myśli i tylko od czasu do czasu zmów paciorek w naszej intencji, o nasze jak najszybsze i szczęśliwe spotkanie, najlepiej co wieczór, i ja także tak będę robił.

Warszawa 2.12.1929

Droga Oleńko! Praca moja posuwa się naprzód, czuję w sobie rozkosz twórczą, gdy spod pióra wypływa na papier potok myśli, świadomość, że nikt przede mną w tej sprawie nie pisał, że wiele moich badań będzie rewelacją w kołach fachowych, pcha mnie do większych otchłani. (…) Oleńko! Najbardziej mi natchnienie dopisuje, gdy otrzymam list od Ciebie.

² Autor Jørgen Peter Müller (1866–1938). Mój system: 15 minut dziennie dla zdrowia! z 44 rycinami i tablicą z rozkładem czasu. Dzieło przełożone na wszystkie niemal języki europejskie, rozeszło się w ciągu jednego roku w 150 tysiącach egzemplarzy (źródło: Polona).

Kurytyba, 7.12.1929

Kochany Stachu! Wielką przykrość sprawiła mi wiadomość o zwłoce, która zaszła w Twoim wyjeździe. Byłam pewna, że w grudniu będziesz już tutaj, spodziewałam się Ciebie lada dzień, a tu trzeba jeszcze 3 miesiące czekać. Takie dziwne to na mnie zrobiło wrażenie… (…) Nie mogę się oprzeć myśleniu, czy Ty mnie naprawdę kochasz. Jeżeli tak, to jesteś bardzo silny. Mam nadzieję, że teraz nie będziesz już zwlekał. Czekam na Ciebie. Oleńka.

Warszawa, 28.01.1930

Jestem w rozpaczy, myślałem, że w styczniu postawię ostatnią kropkę i oddam swoją pracę. Tymczasem profesor część złożonej pracy odesłał mi z poleceniem porobienia poprawek, które zabiorą mi jeszcze kilka dni. (…) Czas się przeciąga, ja wyjechać jeszcze nie mogę i robię Ci tym przykrość i niepokój. Naprawdę nie wiem, co Ty sobie o mnie myślisz. (…) Zapewniam Cię uroczyście jeszcze raz, że zwłoka, jaka zachodzi, wynika niezależnie od mojej woli i przyjadę zaraz niezwłocznie po ostatecznym wykończeniu mej pracy dyplomowej. (…) Jednocześnie z tym listem wysyłam list do Twoich Rodziców z zawiadomieniem o moim przyjeździe, byś nie myślała, że zwłoka jest jakimś zachwianiem moich postanowień.

Warszawa, 6.03.1930

Droga Oleńko! Wszystko będzie dobrze, tylko odrzuć od siebie niepokój i nie gniewaj się na mnie. Nigdy więcej o Tobie nie myślałem jak w ostatnich miesiącach i tygodniach. Chociaż jesteśmy od siebie daleko, już dawno odgrywasz w moim życiu wybitną rolę. Mam jedno wielkie, niezaspokojone, niepokonane pragnienie – być jak najprędzej przy Tobie, na Twoje rozkazy…

Warszawa, 8.04.1930

„Przecież mam chyba prawo się niecierpliwić, oczekując na Twój przyjazd 6,5 długich lat”. Tak, istotnie, znamy się już 6,5 roku, lecz w ciągu 5 i 1/4 roku żadnych wiążących przyrzeczeń między nami nie było, czego dowodem są Twoje dwukrotne w tym czasie zaręczyny.

Kurytyba, 30.04.1930

Stachu! Po przeczytaniu listu pisanego przez Ciebie do Ojca miałam zamiar wcale nie odpisywać, tak byłam na Ciebie oburzona, ale w końcu namyśliłam się. Uważam, że powody, dla których odkładasz podróż są niedostateczne. (…) Korzystasz z tego, że dałam Ci słowo, iż nie zwiążę się z nikim, zanim Ciebie nie poznam, i narażasz mnie na wielkie zmartwienia. Zapewne nie domyślasz się nawet, ile ja przez te kilka miesięcy wycierpiałam. Ale wszystko byłoby głupstwem, gdybym miała pewność, że jestem przez Ciebie kochaną. Po Twoim postępowaniu widzę, że jestem w Twoich myślach zawsze na drugim planie.

Sama nie wiem, co mam o Tobie myśleć, nie mogę jednak uwierzyć w to, że mnie kochasz. Chcesz przyjechać pewnie dlatego tylko, aby dotrzymać słowa, tymczasem postępujesz tak, jak gdybyś chciał mnie zmusić do zerwania z Tobą, ponieważ Ty nie możesz. (…)

Proszę Cię zatem, żebyś niezwłocznie po otrzymaniu tego listu wyjechał (żądam tego jako dowodu Twej miłości) albo zatelegrafował mi, że nie możesz przyjechać. Zdaję sobie dokładnie sprawę z tego, że to może być powodem zerwania naszych stosunków. Jeżeli więc tego chcesz, to odpisz, że nie możesz przyjechać. Nie odpisz, ale zatelegrafuj, bo ja nie mogę jeszcze dwa miesiące żyć w tej niepewności. To jest dla mnie zbyt męczące. P.S. nie panuję zupełnie nad nerwami. Jestem bardzo nieszczęśliwa, gdybyś wiedział, jak bardzo… może byłbyś dla mnie lepszy. Jak ciężko jest żyć, gdy się nie jest przez nikogo kochaną… Tatuś jest bardzo ciężko chory, lekarze nie dają już nadziei. Bardzo nad tym boleję, że nie spełni się jego ostatnie marzenie: zobaczenia nas razem. Stachu, to jest mój ostatni list do Ciebie. Nie mogę, niestety, inaczej postąpić. Oleńka. P.S. Jeszcze raz proszę Cię, żebyś zatelegrafował, bo ja naprawdę nie mogę tak długo czekać. Przyznam Ci się, że się sama o siebie boję. Lepiej o tym nie pisać, bo pomyślisz, że Cię chcę straszyć.

Warszawa, 8.05.1930

Oleńko! Wyjadę z Gdyni do Santos na statku Krakus Polsko-Francuskiego Towarzystwa Chargeurs Reunis dnia 20 sierpnia roku bieżącego. (…) Senat mojej uczelni sprawdził już moją rozprawę dyplomową i na wczorajszym posiedzeniu przyznał mi dyplom. (…) Obecnie prowadzę intensywnie wykłady, 2 lipca odwożę swoich wychowanków do Szkoły Morskiej w Gdyni (dawniej w Tczewie). (…) Senat Wyższej Szkoły Handlowej zakwalifikował moją pracę do druku, stawia tylko wymagania, by wprowadzić do niej najnowsze zmiany traktatowe i taryfowe związków kolejowych międzypaństwowych. (…) Oleńko, bądź dobrej myśli, mam przekonanie, że Bóg nas nagrodzi szczęściem.

Warszawa, 12.06.1930

Droga Oleńko! W liście podałem termin wyjazdu na 15 czerwca, lecz nie zdążyłem załatwić wszystkich formalności (urzędnikom się nie spieszy), a gdy uzyskałem już paszport, to nie było miejsca na statku odchodzącym z Gdyni. Następny statek odchodzi z Gdyni 20 sierpnia br., lecz ja nie mogę na niego czekać i pojadę koleją do Włoch, do Genui, odjazd z Warszawy 5 lipca. Urząd Emigracyjny robił mi wielkie trudności w wyjeździe, dopytywali się o powody wyjazdu; powiedziałem, że mam narzeczoną, musiałem zostawić w Urzędzie Twoje listy wraz z kopertami, sprawdzali stemple i daty i nareszcie zgodzili się na wyjazd. Paszport wydali tylko na rok, gdyż należę do siły zbrojnej państwa kategorii A. Oleńko, Twoje obawy, czy ja Cię kocham, są bezpodstawne – nikogo poza Tobą nie kocham.

– Zamykam za sobą drzwi – Stanisław Wojciechowski mówi, co widzi pod powiekami. – Zbiegam po schodach. Pociąg. Nabrzeże. Pokład statku. Skronie pulsują. Serce wali. Umysł u kresu wytrzymałości… Jeśli pan sądzi, że człowiek jest w stanie w pełni kontrolować emocje – to jest pan w błędzie. Łzy szczęścia i zniecierpliwienia wlewały się od razu do serca. Tyle lat… Tyle namiętności wobec… zjawy… Po dwóch, trzech dniach na morzu, wobec statkowego regulaminu, w oderwaniu od szkoły, pracy naukowej, codziennych trosk – o czym mogę myśleć, jak nie o przyszłości? Czy się rozpoznamy, czy nasze duchy zjednoczą się z ciałem, czy to pierwsze spojrzenie w oczy będzie decydujące… Wiem, że chciałby pan to wszystko wiedzieć. Ale ja nie wiem, czy wytrzymam tę powtarzaną na jawie i we śnie podróż z portu do domu Oleńki, to wejście przez próg, to… to…. Milczenie zdaje się wywoływać trzęsienie ziemi. Wstrzymuję oddech, by najmniejszym poruszeniem nie zburzyć napięcia, w jakim zmaga się z pamięcią, bólem, miłością i niezrozumieniem posunięć losu, który tak ich doświadczył. Staram się spoglądać w bok, ale siła emocji na twarzy tego człowieka jest jak jądro słońca – oślepia, ale nie pozwala uciec od pytania „dlaczego?”. – Byliśmy tak szczęśliwi… tak bardzo… tak… – opowieść znów toczy się wręcz beznamiętnym głosem, w rytmie bezsilnej relacji, przybitej niepokonywalną mocą fatum. – Migreny się nasiliły. Stres i wyczerpanie nerwowe nie mogły jej pozwolić uwolnić się od łez… Trzymałem dłoń Oleńki, ledwie wyczuwając w niej życie… Jak syrena przed ostatnim tchnieniem wyrzucona na morski brzeg, bardzo wolno, przez kolejne dni budowała swój wewnętrzny spokój i pokój… Rozumiałem, jak bardzo wyczerpująca dla niej była rozłąka, tęsknota, ułuda, niewiara, że się spotkamy, że… że zacznie znów grać preludia Chopina, a ja będę słuchał, pracując nad kolejnymi projektami… Warszawa. Skromne mieszkanie, szare niebo, coraz trudniej o pracę. Praca pedagogiczna, wynalazczość, studia ekonomiczne? Na własne przedsięwzięcie brak środków. Ale obiecał jej pałac, białe rumaki, złotą karetę i suknię utkaną z mgieł… Z tej wizji jedynie mgła snuła się coraz częściej i oplatała ich jak całun. Oleńka nie czuje się najlepiej. Wszystko zrzuca na podróż, na zmianę klimatu, na szczęście… Gdy lekarz potwierdził, że dla nienarodzonego dziecka najlepszy będzie klimat wiejski, spokój – wyjeżdżają do Grabowa. Tam, w Brazylii, rozkochała w sobie wielu ludzi. Jej wyjazd, tak nagły, wielu z bliskich i serdecznych znajomych ucieszył, ale też niektórych zasmucił, rozdrażnił, rozzłościł. Tutaj grała, uśmiechała się, czarowała pogodnym spojrzeniem. Wielu kawalerów snuło wobec niej swoje plany. Ona – nie miała wątpliwości, że jej miejsce jest obok Stacha, w Polsce, w ojczyźnie jej i Chopina. Jego muzyce oddała się bez reszty. Z wzajemnością, jak mawiała Eugenia Mieszke, znakomita pianistka i pedagog, żona konsula. Oleńkę traktowali jak córkę.

Monachium, 13.11.1930

Moja najdroższa Oleńko, Niespodziankę mi zrobiłaś swoim nagłym wyjściem za mąż, ale co najdziwniejsze, że po Twoim pierwszym liście pisanym do Warszawy miałam właśnie Ci poradzić wyjście za mąż i studiowanie na razie w Warszawie. Jakaś wzajemna telepatia! (…) Nie wiem, co bym dała, żeby się móc z Tobą i z p. Stachem zobaczyć i o wszystkim pogawędzić! Gdybyście mogli na tydzień chociażby przyjechać! Ja tu jestem bardzo osamotniona, nie mam żadnych bliższych znajomych i bardzo mi nieraz tęskno i ciężko na duszy! (…) Ty nawet nie wiesz, Oleńko, jak jestem do ciebie przywiązana, zdaje mi się, że nie mogłabym bardziej losem córki się interesować niż Twoim! Do p. Stacha mam wielkie zaufanie i sądzę, nawet jestem pewna, że będzie Wam dobrze razem. Proszę Was bardzo oboje, żebyście mnie uważali za bardzo bliską i szczerze oddana osobę, i nawzajem proszę o trochę życzliwości. A teraz pomówmy o Twojej „rytmicznej” karierze. (…) W Niemczech jedynie szkoła berlińska uprawniona jest do wydawania dyplomu. Więc na egzamin trzeba by jechać albo do Berlina, albo do Genewy, ewentualnie do Paryża. Kurs tzw. Ausbildungkurs obejmujący rytmikę, solfeż, harmonię, improwizację, historię muzyki i anatomię wynosi aż 80 marek miesięcznie, czyli około 170 złotych miesięcznie! W ogóle Monachium jest jednym z najdroższych miast na świecie, nie ma żadnego przemysłu, a żyje z cudzoziemców, z których po prostu skórę zdziera. Tu, żyjąc bardzo skromnie, trzeba wydać minimum 200 marek miesięcznie, czyli przeszło 400 zł na osobę, nie licząc komunikacji itp. wydatków. Mięso tu kosztuje 6 do 7 złotych kilo, tylko owoce są tańsze niż w Polsce. My nie mamy własnego mieszkania, bo mąż wynajął, zanim przyjechałam, trzy pokoiki z używaniem łazienki i kuchni przy rodzinie, która tylko część zimy spędza w Monachium, a resztę czasu w swojej willi w górach. Płacimy za to horrendalną sumę 305 marek, czyli 630 złotych miesięcznie, wprawdzie z opałem i meblami, ale zawsze to na naszą kieszeń bardzo dużo. Dzielnica, w której mieszkamy, uważana jest za najszykowniejszą w Monachium, przy tym jest blisko do konsulatu, więc tramwaje nie kosztują. Wzięliśmy na raty fortepian Bechsteina, wprawdzie używany, ale odnowiony i o bardzo pięknym tonie. Moja Oleńko, sądzę, że nie powinnaś za długo siedzieć u Kutnerówny, a jak najprędzej jechać do Genewy. W Warszawie żadna z tych pań mających szkoły rytmiki nie ma prawdziwego dyplomu. Wszystkie one mają tzw. „petit diplome” i wszystkie odbywały studia przed wojną, w Hellerau pod Dreznem, gdzie Dalcore założył swoją pierwszą szkołę. W czasie wojny Dalcore przeniósł się do Genewy i tam się szkoła jego wspaniale rozwinęła. (…) Napiszę do Kutnerówny, żeby się Tobą zajęła jak najszczerzej. Co płacisz? (…) Tam w zeszłym roku było parę bardzo dobrych i wybierających się do Genewy. A teraz co do fortepianu. Moim zdaniem do żadnej szkoły nie warto się zapisywać. Powinnaś brać lekcje prywatne, choćby tylko raz na miesiąc u profesora Zbigniewa Drzewieckiego. On ma metodę Leszetyckiego, jest bardzo poważny, sumienny i już wydał kilku znakomitych uczniów. Znam go osobiście bardzo dobrze i mogę Ci dać do niego polecenie. On jest profesorem konserwatorium, które obecnie stało się najwyższą szkołą muzyczną w Polsce. Trzeba mieć maturę gimnazjalną. Drzewiecki bierze za lekcję około 50 złotych, ale jak weźmiesz raz na miesiąc lub dwa razy po pół godziny, to będzie chyba dostępne. Do szkoły jakiejś zapisz się chyba na teoretyczne przedmioty. W tej kwestii porozum się z moją dobrą znajomą, panią Kazimierą Winnicką (Zielna 5, drugie piętro), która jest bardzo sympatyczną i inteligentną osobą. Ona jest pianistką. Była uczennicą Melcera. Daje lekcje również, jesteś już zanadto zaawansowaną dla niej, ale mogłabyś brać u niej lekcje harmonii, kontrapunktu i kompozycji. Przy tym bardzo miły dom. Córka jej jest na uniwersytecie, także bardzo sympatyczna. Syn, profesor gimnazjum, żonaty, także przyjemny, mieszka z żoną przy matce. Możesz tam pójść w niedzielę koło piątej, w innych dniach trudno ją zastać. Będzie Cię pewnie namawiała, żebyś wstąpiła do szkoły imienia Chopina, do klasy Michałowskiego, ale nie radzę. Michałowski ma lat przeszło 80, ślepy prawie i ma grę, jak dla mnie, rozlazłą, bez szkieletu. Jeśli chcesz, przyślę na Twoje ręce bilecik do Z. Drzewieckiego (Marszałkowska 17), możesz najpierw telefonicznie się z nim skomunikować. Teraz proszę Cię bardzo, żebyś poszła do mojej dawnej znajomej, pani Zofii Biberstein (to nie jest Żydówka, jakby można było z nazwiska sądzić, ona jest z domu Zaborowska). Jest bardzo muzykalna i będzie rada jak jej od czasu do czasu coś zagrasz. Zastaniesz ją koło drugiej. Napiszę też do niej o Tobie lub jeśli chcesz, przyślę list na Twoje ręce. Czy nie poznałaś na rytmice Lili Małachowskiej? To była moja uczennica (początkująca), jej matka również. Może zechcą brać lekcje od Ciebie. Wprawdzie polecałam już tam Winnicką, ale może będą wolały Ciebie. (…) Może byś poszła także do pani Skolimowskiej (Wielka 6), najlepiej przed dwunastą, tam, gdzieśmy mieszkali, to matka tego pana Skolimowskiego Mieczysława, którego w Kurytybie poznałaś, przyjmie Cię najserdeczniej, zwłaszcza że znasz syna. (…) Całuję i ściskam Cię mocno. Panu Stachowi serdeczny uścisk dłoni. Szczerze oddana, Eugenia Miszke I trzy ostatnie listy…

Grabów, 23.07.1931

Kochany Stachu! Dzisiaj dostałam Twój list. Nie masz pojęcia, jak się ucieszyłam. (…) Wcale nie objadam się owocami, bo nie ma ich wcale. Gruszki i jabłka będą niedługo. Nic tutaj nie można dostać, ani warzyw, dopiero jutro będzie targ, to pójdę i nakupię na cały tydzień różnych rzeczy. Pogoda także nie dopisuje, więc bardzo dużo nie chodzę na spacery, dopiero przed wieczorem idę z Martą na pola. (…) Dzisiaj już czuję się zupełnie dobrze. Myślałam już, że to zapalenie mózgu czy coś. W nocy aż jęczałam z bólu głowy. Nie wiem, co mi było. Ale dzięki Bogu przeszło. Mama się martwiła, myślała, że się rozchoruję. (…) Dobranoc, Kochanie. (…) Tak tęsknię za Tobą. Twój Bichontek. Na świecie szaleje kryzys, a w Grabowie buczenie pszczół usypia Cezarego i Oleńkę, która coraz częściej błądzi gdzieś myślami, a może tylko wzrokiem… Tak się cieszy, gdy Stach przyjeżdża, opowiada, kreśli, buduje. Ale by plany wcielić w życie, potrzebna jest stała, dobrze płatna praca. Na doktorat nie ma teraz czasu. Za mało siły, by pasjonujące Stacha zagadnienia handlu morskiego upowszechniać, propagować, wyzyskiwać do budowania polskiej gospodarki morskiej opartej na rzetelnej wiedzy i grze frachtowej. Nie zyskują one posłuchu w społeczeństwie zachłyśniętym ideą kolonialną, kupnem Madagaskaru czy Galapagos.

Warszawa, 1.07.1932

Kochane Bichontki! (…) Wyobraź sobie, Szkoła Morska po raz drugi upomina się zapłaty za „Informację”. Odpisałem, powołałem się na kodeks i odmówiłem zapłaty. Pisał Jędrek Nowicki, zapytuje, czy to prawda, że Szkoła Morska ma być zamknięta na 6 lat i pyta o Szkołę Handlu Morskiego, z tej szkoły nadesłali mi odpowiedź, że w tym roku nie przyjmują. Źle bez Was, tak mi się przykrzy. Jak nadchodzą godziny karmienia, to myślę o Tobie i Czarusiu. (…) Pomagajcie Ojcu przy pszczołach, bo czas bardzo miodny, więc miód trzeba odbierać, ażeby pszczoły miały gdzie miód lać.

Grabów, 3.07.1932

Kochany Stachu! Czekam na list od Ciebie, ciekawa jestem, czy dostałeś jakieś zajęcie. U nas wszystko dobrze, Czaruś rośnie jak na drożdżach. Tylko nie chce jeść. Muszę go zmuszać. Jak pójdziesz do doktora, to mu powiedz. Mnie się zdaje, że on powinien teraz dostawać co 4 godziny 5 razy dziennie. Do pomocy dostałam od Zimleskiej tę najstarszą dziewczynę. Jestem z niej zadowolona. Pogoda jest ładna, więc chodzę z Czarusiem całymi dniami w ogrodzie, a czasami idziemy w pola, odnaleźliśmy śliczną drogę wśród pól i tam zawsze chodzimy na spacery. Wszystko byłoby dobrze, gdybyś Ty mógł być z nami, tęsknię za Tobą, Ty Bichonie. (…) Dziś będę ważyła Czarusia i napiszę, ile waży. Odpisz jak najprędzej. Dużo całusów od Czarusia i Oleńki.

Warszawa, 9.07.1932

Kochany Bichontku z Czarusiem! Bilet polecający do Kazimiery Winnickiej Bilecik polecający do Zofii Biberstein Bilet polecający do prof. Zbigniewa Winnickiego.

Przykrzy mi się tu w Warszawie, w dodatku nieznośne upały. (…) Miód sprzedałem po zł 2,85. Beczka była z wierzchu dziurawa, w wagonie się przewróciła i wyciekło dziewięć kilogramów miodu. Mam jeszcze zamówienie na 50 kg miodu wiosennego i 100 kg z lip. (…) Za miód otrzymałem 160 zł. 110 zł wysłałem zaraz Ojcu, tydzień temu. Kirst wypłacił mi wczoraj 151 zł, „Wiedza” zł 64. Karpińska po ciężkich zabiegach zł 30. Iwanicki weksel dopuścił do protestu. Białkowski Gorgoriusz jeszcze raz się wykręcił, komornik nie znalazł go. Muszę poszukać tego Białkowskiego koniecznie i dopilnować licytacji u Matławskiego, muszę także uzyskać prawo nauczania z Ministerstwa Oświaty. Zgłosiło się jeszcze kilku uczniów. Zapłaciłem Żydowi komorne za czerwiec, Heli dałem zł 25, jutro wpłacę jej pozostałe zł 35. Do Heli przyjechał na rowerze z Sosnowca jej siostrzeniec i siedział tydzień, z tego powodu Hela dużo swojej gotówki wydała. Obliczyłem, że taniej będzie kosztować, gdy będę się stołował w domu. Hela gotuje dla mnie i dla siebie, kosztuje to około 3 zł dziennie. Dezynfekcja za pomocą świec kosztowałaby 56 zł, jeżeli pieniędzy mi starczy, to chociaż wydezynfekuje salonik i sypialnię, pluskwy chcą mnie zjeść, aż w nocy się budzę, teraz to one wszystkie na mnie jednego. (…) Wziąłem się za stolarstwo i to dla mnie pociecha, tylko za gorąco i brak desek, a pieniędzy na deski nie ma. Akumulator się wyczerpał i radio nie gra. (…) Helę z Kasy Chorych wymeldowałem, z Ligi Morskiej wystąpiłem, bo się zbyt natarczywie upominali o składki. Pozdrowienia dla Ciebie (moc całusów), Czarusia i całej Rodziny Śle Stach Doczekali się drugiego syna. Potrzebny był jeszcze tylko jeden rzucony przez los gest pomyślności. Taki grosz dla żebraka, bardziej ku pokrzepieniu duszy niż dla zaspokojenia ciała.

***

Tak, wewnętrzna strona wstążki oplatającej te listy, osłonięta przed światem, zachowała swoją purpurę. Tak jak siła uczuć i namiętności, jakie zamknięte zostały na kartkach coraz bardziej kruchego już papieru, wypełnionego drobnym, kaligraficznym pismem Stacha i Oleńki. W każdym z listów jest też… sól oceanu. Bo to on tę miłość zrodził i o nią się upomniał. Stary, szary, zazdrosny i złowrogi tyran! Za jego to przyczyną, za sprawą rejsu, który był wynikiem świadomego i konsekwentnego uporu ludzi realizujących marzenia, ulegających wołaniom horyzontów, posłusznych imperatywowi wykorzystania morza do rozwoju społeczeństw, pływają statki do dostępnych im zakątków Ziemi. Na kilka chwil, a niekiedy na wiele lat, łączą się wówczas losy ludzi, którzy o istnieniu swoim nie wiedzieli, spotkania się nie spodziewali, byli bezwiednymi aktorami jakiejś misternie skonstruowanej gry, angażując się w nią pełnią uczuć, ale pozostając w całkowitej niemocy wobec jej przebiegu. Każdy list przemierzał ocean, a ten – jak w czasie wyprawy Lwowa – był powiernikiem najskrytszych marzeń i myśli istot niepokornych, niepospolitych, wówczas młodych marynarzy, a później kochanków, którzy z jednego z najpotężniejszych przeciwników ludzkiej natury – tęsknoty – uczynili sprzymierzeńca i gwaranta uczucia zrodzonego w majestacie morza. Co było dalej? Bóle głowy, jak następujące po sobie nawałnice, zmiażdżyły tę jakże trudną miłość. Zabrały Stachowi tę, która tak mu zawierzyła, pozostała mu wierną, choć będąc podczas pierwszego spotkania ledwie dzieckiem jeszcze, nie wiedziała, czym jest miłość, nie przewidywała zapewne, jak owe niewinne i beztroskie zabawy z osmaganymi słońcem młodzieńcami zaważą na jej życiu. On, starszy o ponad 10 lat, każdym słowem w listach kształtował, wzmacniał, budował ich związek. A wszystko, jak się okazało… niemal na próżno. Widać, inny scenariusz im los przydzielił, lecz oni, wiedzeni odwieczną siłą i prawem miłości, chcieli naturze się sprzeciwić. Związek tych dwojga musiał być jednak i został zniszczony, ale – by przywołać słowa poety – nie został pokonany. Ich historia, historia miłości naznaczonej morzem – jestem o tym najgłębiej przekonany – choć wyjątkowo tragiczna, nie jest odosobniona. Ile losów tak się wówczas potoczyło, po podróży Lwowa do Brazylii? Nie wiem o wszystkich, ale o kolejnym, równie tragicznym, mógłbym opowiedzieć… On także miał na imię Stach, ona – Jadwiga… I nic w ich życiu przydarzyć się nie mogło bez udziału jakże często milczącego, ale nigdy nie obojętnego wobec ludzkich losów morza.

POST SCRIPTUM

– Wie Pan, znamy się już dość długo… Zanim tu przyjechałam, mąż wiele mi o waszych rozmowach opowiadał. Ja myślę… ja wiem, że on ją ciągle niezmiennie żarliwie kocha. Ale kocha również mnie. Tak jak i ja jestem mu oddana. Nie… nie jestem zazdrosna. Powiem nawet więcej – wspieram go, przypominam mu o Oleńce. To bardzo piękne, być kimś tak kochanym… Druga żona i matka córki pana Stanisława jest osobą szalenie praktyczną, doskonale zorganizowaną. Porządkuje domowe archiwum, pisze listy, prowadzi fachową korespondencję z firmami, które proszą pana Stanisława o ekspertyzy. Gazety – zamawiają artykuły. Rewolucyjne pomysły inżyniera Wojciechowskiego z zakresu napędu jednostek pływających są szeroko dyskutowane. – Kątem oka widziałam, jak obserwuje mnie, gdy podlewam kwiaty. Albo jak kładę przed nim talerz w porze obiadu. Patrzy, ale widzi być może ją? Od pewnego czasu zaczęłam to akceptować. Może nawet prowokowałam go. Przesunęłam doniczkę w lewo i czekałam na jakiś sygnał, gest, znak. Myślałam sobie, patrzy na mnie, a widzi ją i dostrzega, że ona zostawiłaby tę doniczkę tam, gdzie stała. Więc wolno cofam się, ustawiam kwiat na dawnym miejscu. Odchodzę od okna. Jemu powieka nawet nie drgnęła, najmniejszy nerw na twarzy nie zasygnalizował jego myśli. Ale ja wiem, że jego świat to my dwie… Pijemy kawę w sierpniowe, późne popołudnie 1984 roku w ciechocińskim ogrodzie. Pan Stanisław ucieka myślą w stronę róży, której intensywny kolor zwraca uwagę wszystkich gości pensjonatu. – Nie, nie sądzę, przynajmniej nigdy tego nie odczułam, by we mnie szukał jej cech, zainteresowań czy łączącej ich duchowości. Przecież, proszę pana, oni przez tyle lat żyli na dwóch krańcach świata, ale zarazem obok siebie. Obcowali ze swoimi obrazami, zapamiętanymi w ciągu tych kilku godzin spędzonych przypadkiem, gdzieś, pośród tłumów, w gwarze i rozgardiaszu portowego nabrzeża, pokładu statku żaglowego, łódki, którą odwoził ją na ląd. Myśleli, marzyli, tęsknili. Bez przerwy. Jedno o drugim. Robili wszystko w swoim życiu, by się spotkać ponownie. Na zawsze. Ptactwo jakby przycichło. Ulicą, od strony frontowej, przejechała bryczka zaprzężona w dwa przekomarzające się konie. Kuracjusze śmieją się głośno. – Nie wiem, co czuje więzień. Ten, który zabił, czy ten, który skazany jest niesłusznie. Ich czyny w pewnym momencie tracą dla nich jakiekolwiek znaczenie. Ich umysł opanowuje rak tęsknoty. Co się dzieje w głowie, gdy leżąc na pryczy, bez widoku świata za oknem, przez dziesięć lat rozmawia się z synem lub ukochaną, nie słysząc ich odpowiedzi… Ja myślę, że na skrawkach zapamiętanych ze wspólnie spędzonych chwil, tych chwil szczęśliwych, budują resztę swojego koszmaru. Bo oni żyją w jakimś innym wymiarze. W jakiejś imaginacji. Stach, proszę pana, on jest człowiekiem tak zorganizowanym, tak bezlitośnie dla niego samego karnym wobec obowiązków czy powinności, że chwilami mam wrażenie, że to jakiś automat. On doskonale wiedział, co musi zrobić, żeby się z tą dziewczynką, z tym dzieckiem, spotkać, by spędzić u jej boku resztę życia. Pan Stanisław mrugnął porozumiewawczo, bezszelestnie wstał od stołu i wolno, lekko utykając, ruszył w stronę pensjonatu. Wyprostowany, w nienagannie skrojonym garniturze, pozostawiał za sobą gasnące odgłosy podzelowanych trzewików, które co kilka kroków szurnięciem prześlizgiwały się przez ogrodową ścieżkę. – Ta historia jest tak straszliwie prawdziwa, tak pozbawiona najdrobniejszych nawet śladów poezji, że nie jestem w stanie, mimo iż jesteśmy ze sobą tyle lat, mamy córkę, kochamy się, wyobrazić sobie tego ogromu nieszczęścia, które Stach ciągle w sobie nosi. Nie daje poznać po sobie. Ale ja wiem. Ja to czuję. On się domyśla… Nie, nie rozmawiamy o Oleńce zbyt często. Może jak odwiedzają nas jego synowie, ale to też nie jest tak, jak może pan myśli. Nie trzeba było niekiedy nic mówić o Oleńce, byśmy wszyscy wiedzieli, że jest ona ciągle pośród nas obecna.

A jak tak, to i wszystkie emocje z nią związane, nigdy nie przestały pulsować. 


(koniec)

Dodaj komentarz