
Co było pierwsze: życie czy teatr? Co jest istotą i treścią teatru? Życie? A może odwrotnie: to teatr jest życiem.
Tym pytaniem odsuwam na bok Sofoklesa, Szekspira, Ibsena, a nawet naszego jowialnego Fredrę. To pytanie odmieni wasze życie. I aż dziw, że jeszcze sobie go nie zadaliście. A brzmi ono tak: co było pierwsze: życie czy teatr? Co jest teatrem? Życie? A może odwrotnie: teatr jest życiem? Już nawet z czysto brzmieniowego względu, odpowiedź sama nam się narzuca: to teatr jest życiem. My w nim cały czas… gramy! A kiedy będziemy… żyć, być sobą?
Być jak Agata…
Moje najwcześniejsze wspomnienie z Pleciugi to spektakl „Agata, nogą zamiata”.
– Córeczko, weź miotłę i zamieć mi tu izbę. (…)
Wyszła Agatka na środek izby i
szmyrg! nogą ziemniak pod łóżko.
Szmyrg! nogą patyki pod piec.
Szmyrg! nogą obierzyny do kątka. I rada, że już izbę zamiotła.
Co to był za hit! Wszystkie dzieci powtarzały ten gest, a śmiechu przy tym było tyle, że hej! I jak się po takiej scenie nie zakochać w teatrze? Porównuję: bajka Janiny Porazińskiej i spektakl „Robinson” wg scenariusza i w reżyserii Agaty Biziuk-Brajczewskiej. 1963 – 2023. Szmat czasu… A różnica teatrów? A nieporównywalność warunków życia i naszej świadomości świata? Być jak Agata! To było dla nas, dzieciarni, epokowe odkrycie, marzenie, cel! O byciu Robinsonem w wersji ze spektaklu Pleciugi nikt nie myślał. Bo niby jak? I to jest jedne z największych grzechów tego spektaklu: jeszcze się bohaterowi wiek średni nie rozwinął, nie zakończył a on go już podsumowuje… Wygłasza tezy, potwierdza je, kwantyfikuje., Nie wie, że za rok, najdalej pięć – śmieszność sowim ocen będzie upychał za szaf®. Ale one się tam nie zmieszczą. Były zbyt butne i niemądre. W pewnym momencie pada zdanie: nawet nie ma odwagi, żeby umrzeć… OK. Spotkajmy się, gdy codziennie rano, pierwszą informacja będzie dla ciebie wiadomość, że waśnie odszedł kolejny twój rówieśnik. Spotkajmy się i porozmawiajmy wtedy o odwadze umierania.
Tylko w teatrze zegar może chodzić, w którą stronę zechce
Czy ktoś policzył, ile sytuacji, ile obrazów jest w tej sztuce? I ile wniosków, banałów, komunałów, zgranych twierdzeń, złotych myśli pojawia się w ich zwieńczeniu? Widz nie ma szansy, aby samodzielnie wywieść jakaś prawdę, wysnuć refleksję. Scenariusz zagaduje nasze myśli, trywializując niekiedy dramatyczne sytuacje.
A skoro o nich wspomniałem. Kto tak detalicznie pamięta i nieustannie rozpamiętuje traumy z dzieciństwa? Pewnie ten czy ów – tak. Prawdą udowodnioną psychologicznie jest marzenie o śmierci rodziców. Tak, gdy się dorasta, gdy już właściwie prawie wszystko mi wolno, to jednak zakaz obowiązuje. Rodzice są tego zakazu uosobieniem. Gdyby umarli, to… Zarysowane w sztuce trudne i realne, prawdopodobne sytuacje (matka przymykająca oko na ojca, który bije syna, matka w apatii po odejściu ojca, całkowicie wyalienowana z racjonalnego myślenia, na granicy samounicestwienia…) – teatralnie – może nawet mocne punkty, ale to tylko kolejne obrazy. Trudne i dramatyczne. Refleksja z nich nie kiełkuje. Bo nawet tak bolesne doświadczenia dziecka nie muszą dołączyć do serii ciosów życiowych, które kiedyś złożą się na pokiereszowane życie człowieka i jego życiową nieporadność. Dojrzałość emocjonalna i dojrzewanie społeczne zaczynają się po okresie dzieciństwa. Znam z doprawdy bezpośredniej bliskości dramaty o wiele większe, które, prawem każdego dramatu zakończyły się z chwilą opadnięcia kurtyny. Jak w dramacie. Życie je przezwyciężyło. Znam takie historie!
Ten najnowszy spektakl jest też opowieścią o czasie. A właściwie o wieku średnim, co próbuje się nam narzucić, ograniczając jednocześnie pole obejmowane uogólnieniem. Ten spektakl – według zapowiedzi aktora Rafała Hajdukiewicza, w nadzwyczaj długiej introdukcji – to sprawozdanie z życia, u progu którego właśnie się znajdujemy. Paradoks? Nie ostatni w tym spektaklu.
Ta introdukcja w „Robinsonie”, w swojej poetyce jest taka sama, jak zapowiedź telewizyjna z lat 60. I 70. XX wieku, kiedy to spikerka informowała widzów, co za chwilę obejrzą, a po programie – informowała tych samych widzów, co przed chwilą obejrzeli.
- To będzie współczesna bajka! – pada ze ceny.
Ok, dziękuję, mogę więc iść do domu…?
A myślałem, że to będzie teatr, że będę musiał myśleć, przeżywać, a po spektaklu – uwalniać się z refleksji narzuconych ujęciem tematu.
Dobrze, dajmy sobie szansę… Zatem – współczesna bajka. A skoro tak, to trzeba widza do niej przygotować. Następuje krótki wykład na temat formy i morfologii bajki. Pojawiła się enumeracja wrażeń, jakie spektakl wywoła, a najważniejsze, to morał: „na koniec nauczymy się, jak żyć”. Widz płaci za bilet więc widz z pustymi rękoma z teatru nie wyjdzie. Dostanie receptę na życie.

Dadaizm wiecznie żywy
Scenariusz „Robinsona” to w gruncie rzeczy akademicki kołonotatnik z wykładów ze wszystkich przedmiotów życia, który właśnie wypadł nam z rąk na ziemię, a kartki, pospiesznie zebrane, ułożyły się w… scenariusz. I taka też jest jego forma – oparta o przeplatające się wypowiedzi narratora, podmiotu lirycznego, bohatera, komentatora, suflera… Spora obsada jak na jedną osobę na scenie. Całość – jak mawiało się w redakcjach przed laty – ubrana w „smrodliwy pedagogizm”.
Lecz zacznijmy od początku. Od próby ładu, od ostrego u-cięcia właśnie całego tego początku. Wyrzucamy zawiłości i meandry, dydaktyzm i niepokoje autorki scenariusza, która w obawie, że widzowie nie kupią konwencji przedstawienia – wyjaśnia nam, czego będziemy świadkami (robi to z głośnika także „narrator smutnej powieści jego życia”), a potem te same uwagi na swój temat powtarza bohater ze sceny….
Do kosza z tym wstępem!
Skreślamy też ten tekst: bohater jest „szary, pognieciony, któremu brak własnego zdania wyrzeźbił na twarzy zmęczone przezrocza”. Mocne… Tyle, że to trzeba na scenie pokazać, a nie o tym opowiadać!
Na miły Bóg, jesteśmy w teatrze, wśród swoich, rozumiemy, jakim arsenałem środków wyrazu dysponuje!
Cięcie, cięcie i jeszcze raz cięcie!
Wiem, wykraczam poza konwencję i prawa przysługujące recenzentowi, z których rezygnuję na rzecz próby pozostania jednak przyjacielem tego spektaklu.
Pytam: a jak by to wszystko wyglądało, gdybyśmy przedstawienie zaczęli od słów:
– Witaj świecie – w mojej głowie!
Te słowa padają w piątej minucie spektaklu! A są znakomitą realizacją koncepcji Hitchcocka.
I po tych słowach jest rzeczywiście klasyczny Hitchcock…
Bo oto po chwili ciszy (podróż w inny wymiar lub do innego portalu) – z całą mocą wybrzmiał strzał ze sceny skierowany prosto w przynajmniej moją skroń. Oto z głośników popłynęły dwa takty… – tak, to „Edelweiss”! Dlaczego?
A tak chciałem być przyjacielem tego spektaklu… Spróbuję, wszak dałem słowo.
Cios we własne plecy odwrotną stroną sztyletu…
Dlaczego w tym miejscu pojawia się pozytywkowa wersja piosenki „Edelweiss” ze słynnego musicalu „The Sound of Music” z 1959 roku, Rodgersa i Hammersteina? Musical sfilmowano w 1964 roku, a tę piosenkę zaśpiewał Christopher Plummer, a także Julie Andrews, która ten film przeniosła do kategorii: absolutny everegreen!
Powtarzam – dlaczego ta melodia wita nas na progu świata bohatera spektaklu? Przecież każdy wie, że tytułowa szarotka, rosnąca w najwyższych partiach Alp, i tylko tam, była symbolem sprzeciwu Austrii wobec zapędów Hitlera. Co więcej, ten sam motyw posłużył do stworzenia bardzo dobrej czołówki do świetnego serialu „Człowiek z Wysokiego Zamku. The Man in the High Castle”, opowiadającego o świecie, w którym II wojnę światową wygrali… Niemcy! Autorem tej powieści science fiction jest Philip K. Dick.
Nie wierzę, aby realizatorzy spektaklu zastosowali tu jakąś szalenie głęboką metaforę, subtelny pomost między konotacją „Szarotki” i beznadziejnego życia bohatera sztuki „Robinson”. On ma kłopot w zdefiniowaniu jego intymnej relacji z Oziemkowską Magdaleną, Bema 3/5. To była jego pierwsza szkolna miłość. To wiemy i współczujemy bohaterowi. Ale dlaczego w tym kontekście pojawia się kołysanka, przenosząca nas w rozważania o alternatywnych dziejach świata?
Od tej chwili, do końca spektaklu drżałem, ale niepotrzebnie…. Spodziewałem się, że przy takim dramatopisaniu mogłoby paść ze sceny tytułowe słowo: Robinson. Nie padło. Na szczęście! Przynajmniej ja nie usłyszałem…
Tytuł spektaklu jest wyjątkowo niefortunny. Nie miejsce i czas by wywodzić, co Robinson Cruzoe znaczy w literaturze światowej. To od 1719 roku powieść najczęściej wydawana i tłumaczona. Podobnie jak „Don Kichote”. To symbol, wręcz archetyp, ale nie mający żadnego odniesienia do kogokolwiek innego, poza tytułowym bohaterem książki Daniela Defoe. Jak Pismo Święte, powieść ta tłumaczona była w różnych latach na języki społeczności, które potrzebowały atrakcyjnego wzorca i motywu ideowego. Wzorować się na Robinsonie, bohaterze przewyższającym popularnością batmanów i spidermanów – oto był cel. A że prawdziwy Robinson nierzadko niewiele miał wspólnego z wersjami opowieści o nim – mniejsza. Pewne cechy bohatera pomijano, inne mu dodawano, bo tak właśnie pasowało ówczesnym moralizatorom i wychowawcom młodego pokolenia.

Banał maksymą – tak, to możliwe, ale po co?
W „Robinsonie” w Pleciudze otrzymaliśmy kilka serii płynnie wydeklamowanych banałów i komunałów, co nie znaczy, że myśli nieistotnych. Wręcz odwrotnie, tyle, że z dramatu przeskakiwaliśmy w tym momencie do publicystyki, tak popularnej choćby w czasach hippisów.
Przypominam sobie recenzję z 1974 roku, zamieszczoną w prasie szczecińskiej…. „Tania symbolika…” – pisała „ast”, recenzująca spektakl szczecińskiego teatru studenckiego. Tam – szło o nawiązanie do amerykańskiego ruchu „rewolucji Jezusa”. Jego postać była dla młodych ludzi wzorem pokolenia wchodzącego w wiek średni. Nasz bohater spektaklu „Robinson” z tego wieku średniego właśnie się przed nami rozlicza. Ale czy do kogokolwiek się porównuje, odnosi, ma wzorzec, do jakiego dąży? Od którego się odcina? Jakikolwiek kontekst kulturowy rysuje?
W obu przypadkach – tamtej recenzji i omawianego „Robinsona” – działanie nieuprawnione i a tym samym nie podlegające ocenie. Bo nie można oceniać czegoś, co się jeszcze nie skończyło. Bo o wieku średnim mówić może ktoś, kto nabrał już do niego dystansu. Przynajmniej dwudziestoletniego.
Witajcie w mojej głowie… Gdyby pójść zamysłem scenariusza „Robinsona” i pozostać w konwencji strumienia świadomości, a przynajmniej konsekwentnie prowadzonego monologu wewnętrznego – popadlibyśmy w zupełnie, niestety, zrozumiałą stronniczość.
Bo kto będzie samego siebie ganił? I to we własnej głowie! Kto wini i nieustanie rozlicza swoje poczynania? Te złe – wypieramy, natomiast sam mechanizm odtwarzania w naszych myślach scen z przeszłości jest tutaj dość tendencyjny i naciągany. My nie wspominamy. My budujemy nową wewnętrzną fabułę w taki sposób, w jaki chcielibyśmy, aby się ona rozwinęła, potoczyła. Zapominamy o prawdziwym toku zdarzeń. Prowadzimy dialogi z Oziemkowską Magdaleną, Bema 3/5 nie tak, jakbyśmy z nią rozmawiali przed laty, w realu; wyrzucamy te jej prześmiewki na nasz temat, wzbogacamy domniemane lekceważenie jej roli w naszym życiu. To nie ona naszego kumpla wybrała na partnera, co było prawdą, tylko my właściwie, to nie wiadomo jak, ale jakoś się od niej uwolniliśmy. Choć ją kochaliśmy!
Nasze życie wewnętrzne to w zdecydowanej większości przypadków całkowita fikcja i propaganda wolicjonalna. W głowie wolimy, żeby było tak, jak byśmy chcieli, żeby było. Prawdę wymazujemy. Prawda psuje głowę.
Sinusoidy przciwprostopadłościoworównolegle….
Wracam na pozycję coraz bardziej tężejącego przyjaciela tego spektaklu – bi usun≤ąlem sobie z niego wszystkie pojęci i terminy oraz słowa „nie z tej bajki”! Które to? Proszę: „dzieciak wewnętrzny, godność śladowa, uważność i obiektywizm, człowiek dojrzały, rozdrapywanie, obnażanie, to jest wiek średni”. Albo: „co osiągnęliśmy, czego dokonaliśmy, dokąd zmierzamy…”. Potem: „A on nie ma nawet jaj, żeby umrzeć”.
Dlaczego scenariusz „wymyśla” maksymy i mądrości niemądre: „Autopilot na samo destrukcję”. „Nie ma sensu pochylać się nad mitem, tracić energię na fantasmagorie”. „Witajcie w moim wieku średnim. A raczej na jego progu.” „Dorosły chłopak jesteś, niekoniecznie dojrzały, bo odpowiedzialność do końca życia będzie mnie przerażać jak nikomu niepotrzebne ryzyko. Zadbam o przemienną sinusoidę emocjonalną”.
Czy sinusoida nie jest przypadkiem z natury swej idealnie „przemienna”?
Mnóstwo w tym spektaklu banałów i komunałów, mających uczynić tekst swojskim? „Co to będzie, co to będzie”… .„Pierwsza miłość jest niezwykłym uczuciem, bo zdarza się po raz pierwszy w życiu”. Wulgaryzmy – „Nie zes..się”.
Po co to? Nie dość podobnych „mocnych i dramaturgicznych” tego typu środków stosują kabareciarze, okupujący anteny wszystkich polskich telewizji? Równać do nich? Tak?
Jeśli to ma być ten poziom to nie niższy niż w skeczu „Drzwi”. Oto przykład, jak można wygrać sytuację! W „Robinsonie” mogłoby coś podobnego powstać ze sceny rozgrzebywania grobu ze starymi miłościami. Fragment warty dopracowania.

I znów pada ze sceny seria pytań – „co osiągnąłeś, czego dokonałeś”, „z jakim bagażem przekraczam połowę mojego życia…. Czy moje wybory był słuszne?”.
Nie! Nie chcę tej publicystyki. Sam ją sformułuję, jeśli bohater opowie mi co osiągnął i czego dokonał. Wtedy ja powiem, że linię połowy życia przekracza z dziurawą reklamówką lub pokaźną walizą pełną doświadczeń! No taki jest podział w teatrze. Ja, widz, mam swoje prawa i nie zamierzam z nich rezygnować!
Przeżyć bajkę
Jako eksperyment i etap procesu twórczego – tak, „Robinson” jest pod tym względem tym wspomnianym już akademickim kołonotatnikiem, wymagającym uporządkowania. Intelektualnego i teatralnego.
W tym spektaklu jest wiele bardzo dobrych rozwiązań. O ile jestem dość sceptyczny wobec wykorzystywania efektów wideo, tak w przypadku „Ronbinsona” – biję brawo. Podkłady muzyczne – nie mniej intersujące. Odtwórca głównej roli (zastanawiające – tyle anonsów spektaklu, wymienieni wszyscy realizatorzy, ale nazwiska aktora – brak) – Rafał Hajdukiewicz – dalece lepiej wykorzystałby swój „lalkarski” warsztat, gdyby po prostu grał, miał więcej akcji, fabuły w miejsce tej felietonistyki, na nie dość wysokim poziomie. Rozwiązania, dynamika, ruch – to wszystko razem – gdyby tekst stał się prawdziwą partyturą, dałoby nam symfonię, na jaką każdy w teatrze czeka – na przeżycie bajki, a w Pleciudze – przede wszystkim. Nam nie wystarczy opowiadanie o tym, że bajka właśnie się wokół nas toczy…
Jestem taką niedokończoną książką zapisaną bzdurami
…to słowa bohatera spektaklu „Robinson”.
Z jakiegoś powodu zanotowałem je jako ostatnie w moim notatniku. Ale to pewnie przypadek, że te i że właśnie w tym miejscu.

Aktor: Rafał Hajdukiewicz
Scenariusz i reżyseria: Agata Bizuk-Brajczewska
Scenografia: Marika Wojciechowska
Muzyka: Izabela Smelczyńska
Video: Kinga Dalska
Aktorzy scen video.