W tytule tych rozważań nie ma cienia przesady. Ale zacząć poniższe uwagi muszę w sposób dość osobisty.


To było jak… olśnienie. Pomysł na życie, a przynajmniej jego ważną część podpowiedział mi Cicero, który w swoim „Traktacie o państwie” zwrócił się przecież wprost do mnie, mieszkańca miasta portowego!

„kiedy nawet ciałem przebywają w domu, to jednak duchem uciekają stamtąd i włóczą się po świecie”.

WŁÓCZYĆ SIĘ PO ŚWIECIE…

Dla obywatela kraju wyizolowanego do granic ówczesnego obozu politycznego, chęć wyjazdu w inne rejony Ziemi był motywacją, której dziś mogłaby dorównać ambicja odbycia lotu kosmicznego. (Gdyby było jeszcze wolne miejsce w takiej ekspedycji – zgłaszam swój akces, a właściwie – dwa miejsca poproszę, bo przecież muszę lecieć z operatorem…).

TEN CICERO… JAK ON MI NAMIESZAŁ W GŁOWIE!

Cicero ustawił wszystko tak, jak nakazywała logika i doświadczenie. Ono potwierdzało, że żadna społeczność w dziejach naszej cywilizacji nie rozwijała się tak intensywnie i wszechstronnie jak żeglarze, ludzie wypływający na morze, łączący narody ze sobą nie tylko poprzez wymianę dóbr i owoców pracy, ale przede wszystkim poprzez upowszechnianie myśli i nauki, sztuki i obyczaju. Jedynym balastem, a może podwodnymi szkierami w tej nawigacji okazja się… religia i polityka. Żeglarze rozmawiali z tubylcami, żyli pośród nich, uczyli ich swoich zwyczajów, przejmowali lokalne rytuały. Kuchnia, moda, modele gospodarcze, budowa statków, sztuka nawigacyjna, astronomia, technologie, finanse… Wszystko. Absolutnie wszystko, co wiązało się z organizacją i rozwojem społecznym oraz gospodarczym odbywało się za pośrednictwem i z udziałem…żeglarzy! A u nas, po 1945 roku? Na każdym statku był oficer polityczny. Księża – podobno – cierpieli na chorobę morską. 

Czy dziś ktokolwiek patrzy na morze, na obywateli miasta „morskiego”, na dobrodziejstwo, jakim jest dostęp do morskiego brzegu w sposób podobny jak robił to Cicero, profesor Franciszek Bujak, profesor Andrzej Piskozub i wielu, wielu innych, wybitnych znawców wpływu czynnika morskiego na rozwój naszej państwowości i obyczajowości?

JEST 5 WRZEŚNIA 2024.

Książnica Pomorska. Sala im. Zbigniewa Herberta. Upał, na szczęście ktoś wnosi tacę pełną szklanek zimnej, źródlanej wody. Sięgają po nie potargani wiatrem, posiwiali uczestnicy spotkania promującego dwa zeszyty „morskie”, wydane staraniem Szczecińskiego Towarzystwa Kultury przy współpracy z Książnicą. „Maszt Maciejewicza, pióra Ryszarda Kotli oraz „Morskie pamiątki Szczecina” opracowany przez panią Marię Łopuch, przy redakcyjnej współpracy prof. Tadeusza Białeckiego.

Oba wydawnictwa godne są osobnego omówienia. I wrócę do nich w kolejnych felietonach tego cyklu, jednak dziś muszę dać upust frustracji, która niczym rozerwana rana, dowodzi niezbicie, że Stettin nigdy morskim miastem nie był, a Szczecin nigdy nim nie został. I choćbyśmy nie wiem jak długimi, jak pięknymi strofami nie zaklinali rzeczywistości, mieszkańcy Szczecina – tylko z zrządzenia losu – osiedlili się w miejscu, w którym żaden z nich nie wzrastał, nie pielęgnował tu grobów swoich przodków, nie nosił nazwisk pierwszych osadników, Pomorzan, których wyparł z tych ziem żywioł niemiecki. Nie można więc do nas, dzisiejszych mieszkańców Szczecina odnieść myśli zapisanych w „Zwierciadle morza” przez potomka Cicerona, Józefa Conrada Korzeniowskiego:

„Miłość do morza, do której pewni ludzie i pewne narody przyznają się z taką gotowością, jest uczuciem złożonym; składa się na nią wiele dumy, sporo musu, a najlepsza i najistotniejsza jej część to przywiązanie do okrętów, niestrudzonych służebników naszych nadziei i naszej godności”.

Nie budujemy już „służebników naszych nadziei i naszej godności” na miarę lat minionych. (Myśl tę rozwinę w kolejnej części tych rozważań).

Dzisiejsze zakończę jednym z wniosków z ponad pięciu dziesiątek lat doświadczenia, wzbogaconego w pewnym okresie współpracą z profesorem Ludwikiem Janiszewskich, moim dziekanem i wykładowcą logiki, a później – Bolesławem Klepajczukiem, którego wykładów z socjologii i filozofii słuchałem z wypiekami na twarzy, później serdecznym kolega i partnerem w sporach, twórcami szczecińskich badań z zakresu socjologii ludzi morza powiedzieć, że tak zwana morskość to fundamentalny składnik naszej mentalności czyli SPOSOBU MYŚLENIA, to stan ducha i świadomości. Morskość tkwi nie na morskim brzegu, a w głowie. U tak zwanych marynistów, lokuje się w sposób chyba patologiczny w okolicach serca. A serce z rozumem ma tak niewiele wspólnego.

Koniec. Kropka. Nic mniej, nic więcej.

Sposób myślenia.

A myślenie to język. To słownictwo, terminologia, to szyk zdania wynikający z norm i zachowania dyktowanego regułami przede wszystkim pracy danej grupy. W grupie zmilitaryzowanej (to dla lepszego zobrazowania) – posługiwanie się krótkimi komendami jest nie tylko oczekiwaną formą relacji, ale wręcz wymaganą i jedynie stosowanym sposobem budowania relacji. Każdy, kto nie potrafi w sposób skondensowany wyrazić swojej myśli, bywa uważany za człowieka, który nie wie o czym mówi, nie zna się, ma trudności w wysławianiu, a więc wyrażaniu woli oraz zamiarów.

Kto płynął na żaglowcu, pracował na masztach przy silniejszym wietrze wie, że słowa jako sposób komunikacji nie mają tam najmniejszego sensu. Kto płynął z rybakami na ich kutrze, przy sześciu, siedmiu stopniach siły wiatru, ten wie, że uprzejmość i kwiecistość próśb oraz poleceń jest formą jakiejś tragikomicznej pantomimy. 

Morskość to sposób bycia, oparty na zaufaniu i pewności, determinacji i profesjonalizmie

Ludzie, którzy przeszli szkołę morza nie potrafią, jak ludzie lądu, lawirować, manewrować, dryfować czy zwodzić. (Jeśli postępują inaczej – nie zdali egzaminu morza). Takie zachowania są najwyższym zagrożeniem życia na morzu. Wchodzą w krew, stają się kodeksem, nie tolerują odstępstw od wzorców obowiązujących na pokładzie.

Dla przykładu – wachty, a więc podstawowa forma przestrzeganie zasad bezpieczeństwa. Czy chcesz czy nie, musisz wstać na wachtę. I czuwać, by statek, dziś prowadzony satelitarnie, a nie tak dawno wyłącznie metodami opisanymi przez szczecinianina, kapitana Antoniego Ledóchowskiego, pozostawał nieustannie na kursie. A bezpieczeństwo? Przecież od niego zależy życie moje jak i każdego innego członka załogi. 

Nie można uciec z pokładu, gdy statek tonie. Idzie się na dno razem z nim, mówiąc wprost i bezpośrednio. A dno, choćby nie wiem jak malownicze i kolorowe, nie dorówna wygodą marynarskiej koi. Więc kto dobrowolnie chciałby pogarszać jakość swojego snu?

Morskość… To konstytucja.

To zespół norm i reguł, których przestrzeganie – warunkuje przynależność do narodu kierującego się w życiu jedynymi, sprawiedliwymi regułami nawigacji. Można nigdy nie przepłynąć choćby półmili, ale jest się nawigatorem. Mistrzem w bezpiecznym dla siebie i innych żeglowaniu przez życie. 

Czy MORSKA KONSTYTUCJA obowiązuje w Szczecinie?

Zachętą do dalszych rozważań niech będą poniższe „zapiski z przeszłości”.

https://koszur.net/…/2020/04/12/rzecz-o-naszej-marskosci

_______________

ciąg dalszy – za chwilę.

Wrzesień 1980 – „Dar Pomorza” w swoim ostatnim rejsie…