Pisząc te słowa, z nich właśnie, tytułowe korale nawlekam.
I tak bardzo, za Gombrowiczem, chciałbym powiedzieć:
„Wyglądał jak umarlak. Ale tylko wyglądał.
W środku buzował wrzątek.”
Wróciłem, panie Gombrowicz, niepoparzony!
Proszę nie doszukiwać się podtekstów ani złośliwości w powyższych stwierdzeniach. Pięknie się Zamek o zmierzchu prezentuje. Taki dostojny, czysty, lśniący i – przyznaję – intrygujący. Z zewnątrz.
Byłem tam wczoraj, byłem przedwczoraj.
Na dobra sprawę, moja próżność została z nadmiarem zaspokojona. Przez ponad dwie i pół godziny, w zamkowych wnętrzach byłem… sam. Ale cieszyłem się wielkim zainteresowaniem państwa „gospodarzy” sal wystawowych, którzy tak jak ja poszukiwaniem wrażeń, tak oni zajmowali się tropieniem każdego ruchu zwiedzających (czyli tylko moich). Podążali za mną krok w krok. Swoją dyskretną obecnością osłabiali stan frustracji wynikający z faktu, że – powtórzę – byłem jedynym zwiedzającym. Licho sączyło mi do ucha przez zaciśnięte zęby: nie wstyd ci? dla ciebie tylko, dla twojej próżności maskowanej zainteresowaniem sztuką, ci ludzie tkwią tu do 17.00 i pilnują, żebyś, niecnoto, czego tu nie zmalował.
No tak, bo wystawy były malarskie.
Swoją drogą, pomyślę nad felietonem, a może lepiej zatrudnię się jako “gospodarz” sali wystawowej i opiszę wrażenia z obserwacji indywiduów takich jak ja. Oni, “gospodarze”, przez cały dzień tkwią w otoczeniu dzieł. Nie muszą płacić za ich podziwianie. Nie wiem, czy to słuszne rozwiazanie. (Ot, gdzie nie popatrzysz, tam nowy kamyk dla felietonisty). W nastroju i klimacie „oj, oj, nie, nie, no, no…”. I temperują zapędy zwiedzających, którzy niekontrolowanym odruchem chcieliby wszystkiego dotknąć, koronę przymierzyć, na tronie się rozsiąść, księżniczkę połaskotać, a biskupowi (temu na drewnie malowanemu) jakiegoś… kornika wpuścić. … Jest coś krępującego w tej relacji: gospodarz – zwiedzający. Ok, urywam wątek, bo ustawa o wartościach chrześcijańskich ciągle funkcjonuje.
Ciekawe – zastanawiałem się – jaki jest rekord zwiedzających wystawę na drugim piętrze wejścia B? W normalny dzień wystawowy. W drugim miesiącu jej prezentacji.

Magia zaczyna działać…
Idę i podziwiam, ale ulegam postępującej wewnętrznie przemianie. Ja, niczym doktor Henry Jekyll, szanowany londyński naukowiec, przeobrażam się w Edwarda Hyde’a – moje ucieleśniające zło, mniejsze i młodsze alter ego. Dokonuję tego aktu za pomocą podziwianych w zamkowej komnacie obrazów znanego twórcy, a nie – jak w oryginale – specjalnie spreparowanym napojem.
Chcę oddzielić mroczną stronę mojej natury od szlachetnej osobowości mojego lepszego ja (co ostatecznie doprowadzić musiało nas do zguby).
Ja mam plan zgoła odmienny. I nie zawaham się go przeprowadzić skutecznie i z determinacją. Tym bardziej, że oto właśnie… nadarza się nadzwyczajna okoliczność! Sza! Już nie jestem sam w tej wielkiej sali! Ciśnienie rośnie, puls przyspiesza, a odgłos – nie, nie pantofelków, wszak mróz i śnieg na dworze – lecz kocich botków, podrażnia wszystkie moje zmysły.
– Nie za krótko stałem przed tym obrazem? Może powinienem przybrać inną pozę? – dywaguję.
– Zaraz się skrzyżują nasze drogi – mentalnie słyszę jej głos. – Powinnam zaczekać, aby obszedł mnie od tyłu, czy może jednak ja szybciej czmychnę za jego plecami, bo on fotografuje każdy obraz, kręci jakąś zębatką w tym swoim aparacie. Jaki on głośny, a niby taki nowoczesny. Nie, nie… on. Mam na myśli aparat.
– Jeszcze jedno płótno i zrównam się z nią. Powinienem się uśmiechnąć? Przejść bokiem, jak niedoskrobany do końca korzeń selera, wbijając wzrok w następne płótno? Zobaczy, że się znam. Podejdę bliżej, udam, że interesuje mnie jakiś detal, na który ona nigdy by uwagi nie zwróciła. Ot, to po co przychodzi na wystawy, jak ich zwiedzać, ba! chłonąć nie potrafi?
– Pewnie w wieku mojego dziadka. Chociaż nie… Starszy.
– Taka zima to chyba pierwsza w jej życiu. Mroźniejszych nie pamięta. O, zrobiła zdjęcie smartfonem. Co uchwyciła? A – piękne sceny sielskie. Krowy, żniwa, śniadanie chłopskie na rżysku. Żeby wiedziała, do kogo należą te obrazy, gdzie wiszą na co dzień i jaką dumą napawają ich właściciela… A ja wiem. I pogawędki na tematy różne w otoczeniu tych płócien z ich posiadaczem prowadzę… Może… Eh przeszła do następnej sali. A sunie, jakby to była Velká Pardubická! – idę o zakład, że ona nie wie, co to jest ta Wielka Pardubicka.
– A co to, przybiegł za mną? O! Prostuje się, ale grzbiet marynarki utrwalił już naturalną krzywiznę jego… dostojności. Ciekawe, kto to? Po co tak pstryka? I tak zaraz zapomni, co… A nie, fotografuje także podpisy pod obrazami. Cwaniaczek.
– Jak tu trafiła? Powinna być na randce, a przynajmniej z koleżankami w jakimś pubie.
– Sam? Tutaj? W taki mróz? No tak, co taki może innego mieć do roboty?
Tak mi się jakoś zgredliwie ten felieton układa… bo… Bo nigdy, nigdzie na świecie nie byłem w wystawowych wnętrzach w sytuacji niemalże Robinsona Crusoe. Tyle że on nie miał czasu, aby rozważać filozoficznie swój stan i status, bo troszczył się o dach z liści i kawałek żyjątka do zjedzenia. A ja, ja… czułem nagość, zgrzebną szlafmycą aparatu fotograficznego jedynie okrytą.
Dzieła sztuki należy oglądać w tłumie
Przez ramię, zza głowy, spod łokcia kogoś innego – jak my – ciekawskiego. Wystawy bez publiczności, gdy spotykają się na ich pojedyncze osobniki, zmieniają się w jakiś rytualny taniec. Coś w tym jest, proszę potwierdzić.
A gdyby tak moc wzmóc?
Więc… Idę przez odnowiony, za sto milionów wyremontowany Zamek Książąt Pomorskich. Idę już od ponad dwóch godzin. I wiem, że personelu jest kilka razy więcej niż zwiedzających.
Zima. Mróz. Jasne. Wybrałem niewłaściwy moment. Ale w lipcu, gdy za murami będą 34 stopnie – zaludnią się sale jak na odpustowym jarmarku przed stu laty? Też nie? No, to może w późne październikowe popołudnie, gdy deszcz i wiatr wypychają drzwi, żeby wykraść nam ciepło naszego pokoju? Hm – ostatnia szansa to wiosna. Pierwsze pąki na drzewach, krokusy, a po świcie – ptasi rejwach godowy. Ach, szłoby się wtedy do muzeum, na wystawę malarską i żarłoby się tę sztukę całym sobą. Też tak macie? Bp ja nie.
Otworzyć wystawę – to jedno. Ale utrzymać ją przy “życiu” – to sztuka.
Kończę wycieczkę. Już piąta po południu. Zamek się zamyka. Idę przez dziedziniec, niosąc drążące z zimna wrażenia. Przy aucie spotykam tę damę, która… – chcę myśleć, że czekała tu na mnie – w sali wystawowej ćwiczyła ze mną kadrylowe kroki wystawowe.
– Zimno!
– W jednym aucie byłoby cieplej… – odpowiada. A może to ja się tak odezwałem?
– Ale przeciwne drogi…
– Choć zamiary zbieżne…
Dwoje drzwi dwóch aut zatrzasnęły się w pięknym madrygałowym finale. Usiedliśmy przy najmniejszym stoliku kawiarnianym na świecie. Czyste szaleństwo! No i… cieplej.
– A jak wystawa? – zapytała po trzech godzinach rozmowy na setki innych tematów.
– Wyborna! – odpowiedziałem, przyjmując pozę dżina uwalniającego się z lampy Alladyna.
– Może wybierzemy się na kolejną?
Tu przerywam felieton artystyczny. Powód – prozaiczny. Dalszy ciąg wieczoru miał przebieg niewiele wspólnego mający z malarstwem. Chociaż… Czy gdyby nie te podziwiane dziś dzieła na płótnie, nasze wrażenia na niekoniecznie blejtramowym podłożu byłyby tak dojmujące?
Rzecz warta głębszej refleksji i – bez wątpienia – dalszych studiów.
We wtorek znów wybieram się do Zamku… O tej samej porze? OK.?
Mam nadzieję, że znikną już te ledowe lampki, girlandy jarmarcznych światełek, także na zamkowym dziedzińcu. Czemu rzecz ma służyć? Jaką potrzebę zaspokaja? W takich właśnie drobiazgach ujawnia się nasze nieobycie. Nie rozumiemy, że Zamek, do którego w przemowach i hasłach “odwołujemy” się jak do pomorskiego Betlejem – powinien być ozdobiony książęcym dostojeństwem jedynie, a nie jarmarcznością podgrodzia.


Nikt nie ma pomysłu na Zamek.
Od ponad dwustu lat. Piszemy o tej kwestii w ósmym numerze TVSiódemki. Ale jedynie sygnalnie. Nie jest bowiem naszym celem anatomia klęski tożsamościowej tego regionu. Celem jest natomiast przywrócenie wzroku tym, którzy go stracili. Nawrócenie na zdrowy rozsądek możemy prowadzić tylko metodami publicystycznymi. Krytyką prasową. Nawet – zaczepnie. Ale do kogo się w tej sprawie “kulą u nogi” przypiąć powinniśmy? Do administratorów Zamku! – powie każdy kmieć. A ja, za Stanisławem Jerzym Lecem powtórzę – w zastępstwie echa – “Eh! Znać prywatny adres Pana Boga!”. Lecz wątpię by Jemu samemu udałoby się wskazane osoby na drogę rozumu sprowadzić. Te postaci – są nienaprawialne. Cwałują bezkarnie, sypiąc w krąg nieswoje, bo unijne pieniądze. I nikt im tego nie zabroni. Nikt nie rozliczy. Demoralizacja urzędnicza przeskoczyła wszelkie bariery.
Powoływanie się na Gryfitów? Kpina. Pryz okazji spotkania z grupą drugoklasistów jednego ze szczecińskich liceów zapytałem o rod Książęcy. Spośród chyba szesnastu młodych ludzi nikt NIGDY nie słyszał o Barnimach, Bogusławach czy Annach….
– To jakaś manga? – zachichotała okolczykowiona chichotka.
Wichry wojny przepędzały przez te ziemie ludzi różnych nacji i wyznań religijnych. Ziemia była tratowana i palona. Nikt z nas, po 1945 roku nie poczuł tego życiodajnego impulsu, potwierdzającego narodziny nowej lokalnej zbiorowości. Tak, tak. My jesteśmy tu już od lat osiemdziesięciu. I co? Wrośliśmy w tę ziemię? Czy nadal puszymy się w okazałych… doniczkach?
Fürstenabfindung
Po upadku Gryfitów – powtórzę – Zamek nigdy nie był punktem centralnym, ważnym, nie oddziaływał, nie miał na nic wpływu. Oburzą się “baloniarze”, ci, którzy dmuchają puste słowa w puste idee, sami nie mając nic do powiedzenia, odwołują się do rzekomych tradycji. Bujda na resorach. Propaganda. Nie ma tradycji. Uczone książki? To są tylko uczone książki. Żadnej w kolebkę zamienić się nie da. Smoczka nie zastąpią. A tak przy opkazji – w jakich nakładach się te wydawnictwa pojawiają? Można je kupić w krówkach, prosiaczkach, tulipankach czy innych marketach, w k†órych ciągle obowiązują niskie ceny?
A gdyby Zamek był własnością prywatną?

Tło sporu: majątek Hohenzollernów i „odziedziczenie” przez państwo
Jaką rolę pełnił Zamek sto lat temu? O co chodziło w „Fürstenabfindung”?
Po upadku monarchii w Niemczech w listopadzie 1918 r., po I wojnie światowej, nowo powstała Republika Weimarska stanęła przed koniecznością uregulowania kwestii majątków byłych dynastii panujących – przede wszystkim rodu Hohenzollernów, dawnych cesarzy i królów Prus.
W tym kontekście państwo niemieckie rozpoczęło proces przejmowania lub rozliczania majątków, które wcześniej należały do rodziny cesarskiej. Część społeczeństwa (zwłaszcza lewica, w tym socjaldemokraci) domagała się pełnej konfiskaty tych dóbr jako „nagrody” dla narodu za zniesienie monarchii. Inni, szczególnie konserwatyści i zwolennicy dawnych elit, bronili praw majątkowych Hohenzollernów, twierdząc, że część tych majątków była prywatna.
Na tym tle prasa socjaldemokratyczna publikowała wykazy zamków, pałaców, domen i nieruchomości, pokazując, jak wielkie wartości przechodzą na państwo (lub są przedmiotem sporów) i uderzając w „przemilczanie” skali przejęć przez prasę konserwatywno-liberalną. Właśnie w ten nurt wpisuje się tekst opublikowany w „Stralsunder Tageblatt” (1926) – w wolnym tłumaczeniu:
Co “odziedzicza” państwo
Socjaldemokracja rzuciła się teraz na lud niczym rój gzów, rozpętując nagonkę kłamstw i przeinaczeń wokół rzekomego ograbienia państwa przez Hohenzollernów — nagonkę podsycaną i podtrzymywaną z całą siłą. Socjaldemokratyczne gazety, na czele z „Vorwärts”, partyjnym organem barona von Süßkinda, oddają się namiętnemu oczernianiu i zniesławianiu dawnej dynastii panującej, z wyraźnym zamiarem wzniecania nastrojów i podżegania.
W ten sposób próbuje się wykorzystać sam fakt rozliczenia majątkowego między państwem a Hohenzollernami jako pretekst do siania społecznego niepokoju. Gdy jednak prawdziwy stan rzeczy wyjdzie na jaw, lud nie tylko będzie się z tych jadowitych napaści śmiał, ale będzie miał pełne prawo zapytać, dlaczego dotąd nie informowano go rzetelnie o tym, co tak naprawdę otrzymuje państwo!
Nadszedł najwyższy czas, aby trochę się zastanowić, aby ujawnić prawdę – tym bardziej, że również w narodowych kołach panuje zadziwiające niezrozumienie w tej sprawie. A przecież możemy raz to na zawsze wyjaśnić!
Polemika o „Fürstenabfindung” w Republice Weimarskiej nakłada się na dzieje szczecińskiego zamku w osobliwy sposób: w porównaniu z rezydencjami pełnymi ruchomości i „dobrami kultury” (typu Pałac Charlottenburg, Sanssouci czy Pałac Nymphenburg) zamek w stolicy Pomorza funkcjonował przez długie dziesięciolecia przede wszystkim jako gmach użytkowy – siedziba urzędów, kwaterunek wojskowy i „biurowiec” z nielicznymi pomieszczeniami reprezentacyjnymi – a nie jako skarbiec sztuki; po wyjściu garnizonu w 1902 r. wiele sal stało niewykorzystanych, a próby restauracji przerwano jeszcze w latach 20. XX w. (co samo w sobie pokazuje peryferyjność tego obiektu w ówczesnej hierarchii trosk państwa i landu). Ten profil użytkowy i brak wielkich kolekcji sprawiały, że w sporze o konfiskaty/odszkodowania po 1918 r. Szczecin był raczej pozycją drugiego rzędu – bardziej problemem własności murów niż „dziedziczenia” bogactw kultury ruchomej; oś sporu ogólnoniemieckiego dotyczyła zaś zasad i skali wywłaszczeń (plebiscyt z 1926 r. poparła większość głosujących, ale przy frekwencji niespełniającej 50-proc. progu, przez co projekt upadł), a nie pojedynczych, ubogich w zbiory rezydencji prowincjonalnych. W skrócie: Szczecin liczył się umiarkowanie, bo jego zamek był ważny jako znak dawnej władzy na mapie regionu, lecz nie jako „magazyn” ruchomych skarbów arystokracji – co widać w ówczesnej praktyce administracyjno-wojskowej i wstrzymanych planach odnowy.
Tezę o „słabości mitu Gryfitów” potwierdza ciągłość nowożytnych funkcji pragmatycznych (arsenał, stajnie, urzędy, kwatery), a nie kuratorskich; jeszcze w XIX i na początku XX w. dominowało myślenie o zamku jako o infrastrukturze w służbie państwa, nie o miejscu pamięci dynastii – i dopiero powojenna odbudowa pozwoliła na częściowe „przepisywanie” znaczeń, choć i dziś instytucja działa głównie jako ośrodek wystawienniczo-imprezowy, a nie centrum „kultu pamięci rodu”, co zresztą sama dokumentuje, akcentując przede wszystkim programy czasowe, współpracę i gościnne występy oraz kolekcje.
Z tych względów nikt nie zakwestionuje twierdzenia, że przez ostatnie dekady Zamek funkcjonował przez wartość murów – jako nośnik wydarzeń i formatów. Tak jak niejedna remiza czy świetlica wiejska.
Czy – sumując – odważymy się wreszcie uznać sprawę dla Zamku (każdego) fundamentalną? Zamek musi mieć księcia w postaci idei. Musi mieć odważny i jasny program przywódczy dla całego regionu, a nie sztucznego, administracyjnego tworu pod nazwą “Pomorze Zachodnie”. Program zdecydowanie i konsekwentnie realizowany.
Ogłoszono właśnie konkurs na dyrektora Zamku. Śmiać się czy płakać? Kto wybierze lidera? Kto określi jego kwalifikacje? Ktoś, kto przez ostatnie lata zrobił wszystko, by nic w sprawie Zamku nie zrobić? I pewne jest jedno – ten Ktoś znów odniesie kolosalny sukces. Bo nikogo w mieście i regionie Zamek nie interesuje.
Moja chata z kraja. Albo ten zamek mój? Tyle mi z nim, ile bez niego.
Obywatelska kompromitacja
Zamek nie może być straganem lub jarmarcznym odpustowym placem, gdzie obok zajęć umuzykalniających czy plastycznych i poetyckich dla dzieci – prezentowane są “skarby” Gryfitów, objazdowe teatry, czy te – ptrzy takim zamku – ukrywane w kryptach. Może i było to w swoim czasie modne oraz chwytliwe. Ale dziś. Kto chce – prosze bardzo, ale Zamek, z jegio dziedzincem to – znów zastzregam prawa do pomysłu – Copyright :
to opoiwinien być Teatr na Dziedzińcu – europejskie centrum sztuki teatralnej, ktora wykorzysta ten niezwykły dziedziniec, z jego krużgankami.
Kto z żywych pamięta, gdy wspólnie z panem Warcisławem Kuncem organizowałem (Kanał 7 TVP Szczecin) transmisję dla Drugiego Programu TVP opery “Trubadur” Verdiego, właśnie z krużganków Zamku? Każdy akt dział się “na innej ścianie”. Nigdzie na świecie nikt takiej inscenizacji nie przygotował. Sam pomysł wykorzystania naturalnych wnętrz nie był oryginalny. Tak zrealizowano “Toscę’ Puciniego – w naturalnych wnętrzach pałaców i kościołów rzymskich. Tak też sfilmowano “Traviatę” Verdiego w Paryżu. Zamek może konkurować z Marlonem Brando i Giną Lollobrygidą. Walerian Pawłowski marzył o takim przedsięwzięciu, właśnie z Gioną, która jako jedyna kobieta na świecie miała prawo, a nawet obowiązek odmówić (to wierny cytat) “Walusiowi” jego awanse.
Mamy skarb nad skarby. Mamy potencjał. Mamy, mamy… wszystko, poza liderami.
Bo nie wierzę w to, aby Zamek nie zamienił się w miejscem narodzin szczecińskich, lokalnych talentów. Instytucję prestiżową i nobilitującą tutejszych twórców, naukowców, polityków, obywateli – miejscem o znaczeniu ponadregionalnym.
Jako budowla – stracił szansę na rolę “widokówkowego” emblematu miasta. To niewybaczalne i głupie posunięcie, by Zamek obudować tak szczelnie neo-legowymi klockami komercyjnych kamienic. Zamek jest wciśnięty w kolorowe fasady. On nie króluje. Nie dominuje. Trwa. I doprawdy, sam nie wie, po co?
W kolejnym odcinku – nowe pomysły na wykorzystanie Zamku w wymiarze europejskim.















