Czeka człowiek cały tydzień, aż się pojawią. Od razu biegną do kuchni. Otwierają lodówkę, przekrzykują się, jeden przez drugiego. Ten o lody pyta, tamten o naleśniczki, o kakałko, o gumę, lego, bajki, przytulaska, siusiu, plama na koszulce, dokładka, teraz drugi siusiu, trzeci pyta, gdzie jego maskotka. Została w domu. Może w samochodzie. Płacz. Telefon do mamy. Drugi telefon. Nagły zwrot w lewo. Talerz z naleśnikami na podłodze. Nie lej tak dużo! Przelał, cola pieni się na stole. Siusiu. Paróweckę kcem. Ja też dużo rzeczy chcę, ale nie mam i nie będę mieć. Szósta. Gdzie twój bucik? Masz czapkę? Zostaw ten budzik. To budzik dziadka. Tak, dziadka też możesz sobie zabrać. Nawet dwóch dziadków! Każdy niech sobie weźmie po jednym dziadku. Po co niesiesz mi tu tę torbę. Nie, dziadka nie będę ci pakowała. Niech idzie przodem. Nie całuj mnie, jak jesteś tak umazany dżemem. O! Jeszcze wy dwaj? A co wy tu taszczycie, skąd to macie? Jak to znikąd? Skąd się to tutaj wzięło? Wyście to przynieśli. Won mi z tym, nie chcę tu żadnych tobołów. Otwórz drzwi, uchwyć z tamtej strony, no pomóż mi, dwa, trzy i… raz! Wyrzuciłam to homonto na posadzkę. Aż jęknęło. Pa, pa, pa… A ty? Wyłaź zza kotary. Biegiem do tatusia. W chowanego mi się tu będziesz bawił. Uf, zamknąć drzwi, opuścić żaluzję. Zabarykadować podjazd. Tak, tak! Ja was też strasznie kocham. Tak, do zobaczenia za tydzień! Zatrzaskuję drzwi, łapię się za głowę. Słyszę stukanie w szybę. NIE! Odwracam się. A co ty tam robisz? Widzę, że trzyma się za głowę, z nosa krew mu się leje, a rękę ma jakoś tak dziwnie wykrzywioną, jakby go ktoś na terakotę tarasową wyrzu… Ops! Przepraszam, to nie ja kazałam ci się z nimi bawić w niewolnika. Puff… Mogło być gorzej.
Na szczęście było całkiem znośnie. Normalnie. Bez przekroczenia dopuszczalnych środków.















