UWIELBIAM

Tańczyłabym rano, w południe, wieczorem i w nocy.
Tańczyłabym wszystkie tańce. Nawet te, których nie znam. One pociągają mnie szczególnie!

Ale…

Nie mam partnera. To znaczy mam. Miewam…

Taniec — proszę nie zapominać, że jestem pantomimistką — jest czynnością sakralizującą tańczącego. Gorzej z partnerem. Ten mój – podobno był nawet ministrantem – ale… To po mnie Niebo wyśle taksówkę. On będzie stał w kolejce, z plikiem poświadczeń, PIT-ów i życiowych mitów. Szkoda słów. Tu muszę na marginesie dodać, że oni, szczególnie ci z grupy 187 w górę i 104 w dół, są postrachem parkietu. Stanie taki na środku, rozłoży ręce i czeka… Raz to pomyślałam: idealny stojak! No, niechby mu tam ktoś między te łapska jakąś balię z kapustą poszatkowaną do ugniatania podał. Typy bardzo przydatne. Ale do kiszenia kapusty.

A ja? Ja jak pocisk wystrzelony ze strzelby z wygiętą lufą od razu wchodzę w rytm, w piruet, w czaczę rumby twistowanej.

— Ja ciebie szarpię? Ja cię próbuję uruchomić!

On stoi i patrzy, jak ja wiruję wokół niego. Odzywa się tym swoim głooosiskiem.

— Julio, o ile się nie mylę, to jest tango.

— Tango, mango, fandango czy skakango! Tańcz, nie stój!

— Ale Julio, teraz grają walca…

— No to co! — staję naprężona jak struna G. — Tańczysz, czy mam poprosić kogoś innego?

– Przecież już wszyscy uciekli…

Żartowałam. Wiadomo. Nikt tak dobrze nie tańczy jak mój. Tylko on jeden wie, jak mnie przywrócić na orbitę, gdy się z niej katapultuję. Problem w tym, że on tańczyłby taniec. A ja… pożar. On by tańczył tak od początku do końca. A potem — drugi taniec. I następny. A ja nie mam czasu. Ja w jednym tańcu tańczę trzy tańce. I jest power, jest moc.

Poza tym – od razu załatwiam nordic walking, masaż limfatyczny i peeling pleców. Bo gdzie inaczej mogłabym się taaak powyginać bez zwracania na siebie uwagi jak nie w tańcu? Uwielbiam drapanie po plecach.

Byliśmy na tańcach u znajomych.
Włączyli muzykę.

My, dziewczynki, od razu wybiegłyśmy na parkiet. Oni, jak zaporożce — nie wiem, co to jest, ale on tak kiedyś o facetach mówił, z przekąsem, tylko nie wiem, czy pro, czy ante — ustawili się jak manekiny w gastrycznym supermarkecie.

Mówię wam, jakbym ich tak wszystkich razem, tak równo, i tylko jednym pacnięciem pacnęła, to — niczym upadające domino — zatańczyliby „Jezioro łabędzie” w sandałach i bejsbolówkach.

Ten z lewej? No odpada! Ma brzuch jak półkę skalną. Miałabym się tam kłaść? Ten drugi — znany politechnik — zaraz się złamie. A jak on buty zawiązuje! Ręce ma tak długie, że obejmuje siebie w pasie i lewą ręką wiąże prawy but. No. Trzeci — ponoć jakiś doktor, ale chyba nie od tańca. Bo wygina się jak kij od szczotki.

Ja na szczęście mam moje szczęście.

Jakiś czas temu zauważyłam, że na potańcówkach chodzi za mną jak cień. No, jeśli ja rzucam taki cień, to nie zgłaszam pretensji. Jak idziemy na spacer, stawiam go zawsze od strony słońca i patrzę, jak z moim cieniem idę noga w nogę.

Pan docent doktor tańca towarzyskiego, po rehabilitacji, ale przed habilitacją. Tu rama, tam talia, głowa lekko w górę, trzewiczki wyłącznie na skórze, marynarka dopięta i… czeka na frazę. Jedną mu zepsułam, bo mi się obcas wygiął. Drugą przegapiłam, trzecią źle wtaktowałam.

— Julio, czy my tańczymy?

— Tak, kochanie, ale dziś tylko na rękach.

I jak poszłam w lewo, to go okrążyłam z prawej, odcięłam mu odwrót do tyłu, zmuszając do ostrego hamowania po ruszeniu w przód.

— Tańcz, tańcz i kochaj mnie!

Teraz nosi okulary, ale kiedyś wybałuszał te gały, a ja się w nich przeglądałam.

— No, całkiem, całkiem — mówiłam na głos, a on przez wiele lat nie wiedział, że… mówię o sobie.

Ta ta tam!

Koniec utworu. Chwyciłam za krawat i poprowadziłam do stołu. Wlałam do szklanki wodę, żeby to moje ogierzysko taneczne się napiło.

— Sałatkę chcesz?

Kiedyś pytałam. Z grzeczności, potem z przyzwyczajenia. A teraz gram nieme kino. Daję talerz, widelec, serwetkę i unoszę palec w górę.

— Tylko mi się stąd nigdzie nie ruszaj, bo mi się zgubisz. Gryź dokładnie i nie poplam spodni. Ja idę tańczyć!

Jestem pewna. Każdy z nas najpierw był tańcem. A potem zamienił się w takie cudności jak ten mój. Siedzi, je, udaje, że mnie nie widzi. Powtarza, zazwyczaj tańczysz prawie stylowo.

— Tylko baran trawę skubie równo! — wołam, robiąc szpagat… tańczącej obok mnie pani profesor, która od minuty stała na parkiecie w lirycznym drżeniu intelektualnym. Tak ją łokciem w śledzionę ugodziłam, że nagle, niczym baron Münchhausen na armatniej kuli, ruszyła w tan habilitacyjny.

Co ta kobieta wyprawiała… Jurassic Park to uosobienie madrygałów w porównaniu z tą szaloną lokomotywą. Pani profesor…? Tak. Jesteśmy nieodkrytymi pance… Nie. Tancerzami zapancerzonymi.

Dołączyłam do niej. Gdyby takie dwie lokomotywy ustawić na tory, szyny od razu w serpentyny by się powyginały! El tango muchachos anszuła olivkos migdalos!

W domu dopadłam go między garderobą a tarasem.

— Tańczymy — syknęłam szeptem.

— Ale…

Od tamtego wieczoru nigdy później, w żadnej dziedzinie, żadnego pytania mu już nie zadałam.

Nie ma sensu.

On, chcąc odpowiedzieć, zaczyna przybierać formę właściwego dla sytuacji transformersa. Doprowadza mnie do ataku śmiechu.

Więc idę na skróty. Chwytam za pasek, wyginam w chińską siódemkę, wbijam ostrogę, wyskakuję w stylu podwójnego axela i z okrzykiem: cza, cza, cza — cwałujemy jak bohaterowie „Neverending Story” ku końcowi dnia i początkowi nocy!

PS. Ale tylko w miarę posiadanych środków.


Dodaj komentarz