– Kotku, proszę, zdejmij tę koszulę. Upał, jakiego nie było od tysiąca lat. Daj szansę Stwórcy, aby wreszcie zobaczył, jakie arcydzieło stworzył. No, dawaj. Szybciej. Szybciej. I teraz drugi rękaw…

Ten zaciął się, zatrzymując koszulę — lnianą, bielusieńką jak ten rozczochrany burzan na głowie.

Siedzi. Patrzy. Prawdopodobnie – myśli. Pewności nie mam. Ale zaprzeczyć też nie mogę. Kiedy myśli, zazwyczaj ma inny wyraz twarzy. Jak go kiedyś pytałam, czy perełka w środku serduszka będzie ładniejsza od małego brylancika spinającego dwa serduszka, to na wszelki wypadek przygotowałam szklankę zimnej wody. Żebym w razie emergency nie musiała szukać środka gaśniczego na przegrzane… te, no, jak one się nazywają, mikroprocesory… Boże, co ja gadam, jakie micro. Kotku, ty masz tylko makro. O, takie. Albo jeszcze większe…

– No, pomogę ci, niech ta druga, lewa ręka dołączy do tej wiodącej – prawej. Niech obie poczują, że mogłyby dzierżyć ster tego świata, gdybyś nie był tak uparty jak osioł.

Chwilami to już nie wiem. Czy on mnie traktuje jak każdy audiofil – jako zjawisko dźwiękowe, czy jak ten facet od owadów, co o ich bzykaniu wie wszystko, ale packi do ręki nie weźmie, życia im nie ukróci.

A wokół, oczywiście, rozkwit rodzinnego szczęścia.

Dzieciaki już w wodzie. Majtki mokre, piasek we włosach, rybka w kąpielówkach, łopatka została w samochodzie, parasol się zwinął, nakremowana ukochana postprodukcja rodowa właśnie jak długa wwaliła się. W piasek. Patrzy na dziadka, dziadek na nią, piasek jak kolce jeża paraliżuje wyobraźnię obojga.

– Idź szybko do wody, wymyj się, zejdź dziadkowi z oczu, bo już widzę, że zaczął ostatnie odliczanie przed countdownem… do domu.

– A teraz proszę, tu jest olejek. I smarujemy ukochane ramionka. No, nie zemdlej, nie twoje – moje! Tylko delikatnie, wiesz, że brutali nie znoszę. Smaruj, smaruj. A potem ja ci się odwdzięczę i też cię posmar…

Delikatne drżenie dłoni, pełnej zazwyczaj metafor, zacięło się na ruchu posuwisto-zwrotnym.

– Więcej finezji, proszę. Z fantazją, mam ci jakiś funeralmarsz zanucić czy wolisz Szopena? Ja wolę Szopena. I jeszcze tam z boku, niżej, niżej, jeszcze, jeszcze, no, z czuciem. I jakby to był felieton z klamrą.

Siedzi. Trzyma tę rękę pełną olejku.

– Co się tak wpatrujesz? Mnie tam widzisz? Odcisnęłam ci się?

Nie wie, co ma zrobić. Wytrzeć w piasek, w ręcznik, w swój brzuch? Ale jakże to to… Olejek na brzuchu?

– Kcem palufecke…

– Przecież dopiero przyszliśmy! Zmykaj, do wody!

Znak zapytania na buzi najmłodszego wygiął się aż po główki portu we Władywostoku.

– Co się dziadkowi stało? Tak siedzi. Nic nie mówi?

– Dziadku, tu księżyc, halo, słyszysz nas?

Dopiero teraz zauważyłam, że połowa plaży, tej w zasięgu wzroku, jakby w zatrzymanym kadrze czeka na odpowiedź zapytanego dziadka.

Jedna pani, która od dłuższego czasu była wręcz zahipnotyzowana wyrazem twarzy Kotka, z obu dłoni zrobiła trąbkę.

– No, słyszy ich pan?

No i oczywiście moja wyobraźnia, ta donosicielka, natychmiast uruchomiła syreny.

Dziadek – eksplodował.

Ryk przebudzonego smoka wstrząsnął plażą. Uniesione nad głową wielkie łapska transformera rzuciły cień na dzieciarnię. Ta zadrżała i zaczęła piszczeć. Kotek-dziadek-potwór zerwał się na równe nogi. Ba – to nie były nogi, tylko jakieś maczugi. Wyskoczył w górę i złapał najmniejsze z dzieci. Chłopcy popędzili co sił prosto do wody. Mała piszczała, niesiona nad głową rozczochranego olbrzyma, by po chwili razem z nim runąć w fale, których bryzgi musiały zmieść z mola przynajmniej ze dwieście zaskoczonych sytuacją spacerowiczów.

Chłopcy uchwycili się ramion megakolosa, który zaczynał właśnie wirować. Drobne, mokre rączki ześlizgiwały się z mocarnych dłoni supersiłacza, który miotał dzieciakami jak Hefajstos garścią zapalonych zapałek.

Plaża oszalała. Panika powstała na 512 kilometrach całego polskiego Wybrzeża.

Uruchomiono wszystkie siły obrony i ataku. Nawet ten stary kuter z Międzyzdrojów, spod restauracji rybnej, dziurawy jak sito, zwodowano, by spieszyć z odsieczą biednej mnie i tym niewinnym kruszynkom.

A przed moimi oczami apokalipsa zmieszała ziemię i niebo. Już nie wiedziałam, gdzie, kto, kogo, czym, w jakim celu, z jakim skutkiem i… i…

Jakie chipsy? Że co, że arbuzy i kawa… Świat się wali, a tu… odwracam się, widzę młodego człowieka.

– Ogłuchła pani? Pytam, czy chce pani kupić prażoną kukuryyy… O, przepraszam…

Zniknął. Tak szybko jak się pojawił. A wraz z nim – cały ten kosmiczny tumult.

Odwróciłam głowę i ujrzałam… mojego Kotka.

– O, jak się cieszę, że cię widzę. A już mi się zdawało, że się gdzieś zgubiłeś, ty uczynna sieroto, bo jakiejś pani się coś zacięło albo nie rozwinęło. To na całej plaży nie ma nikogo poza tobą? Nikt jej nie mógł pomóc, tylko ty…

I ugryzłam się w język.

Kotek.
Siedział.
Na środku plaży.
Na krześle jak z zastawy kuchennej.
Wyprostowany.
Nasłoneczniony.
Bez koszuli…
O! Słowo stało się… golasem.

– Kocham cię, mój Kotku vel… młotku.

Tylko mnie słuchaj — nawet ponad miarę posiadanych środków — a dobrze na tym wyjdziesz.

Dodaj komentarz