Nie. Ani słowa o nich. Skoro my jesteśmy puchem, to oni są dla mnie wiórami, kołkami, struganymi pajacami. Jak ja ich nienawidzę. To istne drzazgi. Ale jakie! O! A nawet większe. Jeden to miał dwa zero dwa. I co? Nadziejesz się na takiego, a on tego nawet nie zauważy.
Niestety… Z drzazg są potem zastrzały… Paprają się i paprają.
Mam ich wszystkich ciągle w sobie. Właściwie to już nic swojego nie mam. Wszędzie tylko oni. I tu, i tam. Jednemu to nawet pozwoliłam… Ach… Bez nich wydaję się sobie kimś obcym. Każdą myśl, którą próbuję ubrać w słowa, muszę zawsze kierować w stronę któregoś z nich. Tak mnie oni uwierają.
Z drugiej strony nie powiem, że gdyby nie oni, to ja…
No właśnie, no właśnie, co ty? Co ja? Jestem sobą i żaden z nich nie jest w stanie ograniczyć mojej nie tylko ekspresji, ale przede wszystkim… przede wszystkim… K…a! Czego mi oni nie mogą ograniczyć?
Która godzina? Co?… A godzinę temu miałam… Co ja miałam zrobić godzinę temu? Kawę już wypiłam. Co? Tak, wiem. Dwie. Malować się nie będę. Nigdzie dziś nie idę. Sprzątanie mam tam, gdzie ono ma mnie. Łażę z kąta w kąt, przestawiam, przesuwam, poprawiam, wracam do poprzedniego układu. I tylko się ciągle w…m. Dwie godziny jestem na nogach i nic dla świata nie zrobiłam.

A dla siebie? Zamiast się światem zamartwiać, może wreszcie zrobię coś dla siebie? OK? OK. Na początek – wykreślę ich wszystkich z mojego życia. Ciach! I już ich nie ma. Nagle. Bo tak chcę. Wszyscy umarli, wysadzili się w powietrze, polecieli w kosmos albo spadli z najwyższej skały do najgłębszego kanionu na świecie w tym… no, jak się ten park w Ameryce nazywa? Tam, gdzie, no… to coś… A może to nie w Ameryce? Jakby było w Ameryce, to bym wiedziała.
Założę tę niebieską. Założę i się od razu wyłożę. Jeszcze głowy spod szmaty nie wychylę, a usłyszę ten jego cholerny głos:
– Syrenko! Przyjedziesz do mnie? No, ty mątwiłko, rekinko, fląderko i błazenko…
Jak mi z tym błazenkiem wyskoczył – wywaliłam go prawie gołego na klatkę schodową. A ciuchy wyrzuciłam przez okno.
Błazenko…
Co on sobie myśli? Że może mnie nazywać, jak chce? Czy pytał mnie o pozwolenie? A może ja chcę być nazywana stokrotką albo szarotką?
Boże! Jak mi się to słowo podoba. Szarotka. No, piękne. Sza-ro… A dlaczego ja mam być jakąś szarotką? Czekaj. Zaraz, muszę sprawdzić, co to jest za palma albo bananowiec, ta szarotka.
Sza-rot…
A co ja będę sprawdzała? To ja nie mogę się nazywać tak, jak lubię, tylko muszę sobie przyklejać jakieś nazwy jak etykietę na puszkę sardynek? W oleju. Albo – z pieprzem. Ble… Nie przełknęłabym…
Ktoś pukał? E… Wydawało mi się.
A mógłby. A nawet powinien. Jak im się chciało, to się jeden przez drugiego przepychali, trzeci czwartego by stratował, a piąty siódmemu to raz na przepuklinę nadepnął.
Tak było. Ale nie… Kręcę. To ja jemu nadepnęłam. Mógł uważać. Skąd ja miałam wiedzieć, że akurat na przepuklinę będę chciała mu nadepnąć? Miałam ochotę nadepnąć tam, gdzie miałam, a on, gdyby wiedział, czym się to skończy, mógł się albo przesunąć, albo podstawić mi coś innego. Ale on jakby tylko czyhał, polował na mnie, zasadzał się, żeby mieć pretekst do zerwania. A jaki teatralny wtedy talent z niego wypłynął. Jak się zwijał, stękał, jęczał i trzymał. A właśnie… To gdzie on miał tę przepuklinę, skoro się tam… trzymał?
Szkoda słów.
Chociaż chciałoby się z takim czy innym, obojętnie, czy z przepukliną, czy z łysiną – porozmawiać.
O czymkolwiek. No właśnie – oni, jak jeden – tylko gadaliby o czymkolwiek. A ja bym chciała, żeby tak tylko ze mną. Do mnie. O mnie. Na mój temat.
Ten łysy… Że też ja go miłosiernie nie zabiłam.
Tak się z tą łysiną wykręcał, tak jak wąż syczał, oczkami strzelał, świstał i podmuchiwał.
– Patrz, ale to byłaby sensacja. Schowałbym się pod tą twoją – jak to się nazywa, co ty masz na sobie?
– Tunika…
– O kurczę, zakonnica?
– Zakonnica nosi habit.
– Wiesz, dla mnie mogłabyś być zakonnicą.
– Nie będę i nie zmieniaj tematu. Więc co z tą twoją łysiną?
– Jak ja bym ją tak między te dwie ułożył, to by cię może nawet w telewizji pokazali – pierwsza na świecie z trzema…
Że też ja się nie zorientowałam, do czego on zmierza. Pierwsza rzecz – oskalpowałabym dziada. Jak pobiegłam do kuchni po nóż, on już był w drzwiach. Więc jak Wilhelm Tell rzuciłam tym nożem, a on — nóż — ze świstem zmieścił się w szczelinie między futryną a drzwiami i wbił się w drzwi z naprzeciwka.
Stoję w tej mojej zgrzebności tunicznej, niesakralnej, dyszę, lok mi między jednym a drugim okiem jak serce dzwonu w kielichu fiksuje, aż tu nagle otwierają się te trafione przeze mnie drzwi. Staje w nich… Uhm… Omal nie zemdlałam… To są na świecie tacy mężczyźni? Ale zanim ja zemdlałam, on spojrzał na drzwi swojego apartamentu, na widok noża dostał wytrzeszczu, spojrzał znów na mnie z gębą rozdziawioną jak wlot do podmorskiego tunelu, uniósł wolno prawą dłoń, wyprostował palec wskazujący i zbliżył go – CO ZA IDIOTA! – do przycisku dzwonka do drzwi. I zemdlał.
I leży.
A ja stoję.
Co robić?
Sprzątnąć zwłoki? Ukryć narzędzie zbrodni? Nacisnąć przycisk dzwonka? Zostawić odciski palców? Zginąć na szubienicy?
Nie wiem, skąd mi się ten ludzki odruch we mnie obudził. Wciągnęłam go za nogi do mojego sezamu.
Stoję nad nim. On leży. Ja wstrzymałam oddech. I on też nie oddycha.
Oczywiście, jaka ja jestem genialna. Sztuczne oddychanie.
Kto to wymyślił, ten termin – sztuczne oddychanie. Jak oddychanie może być sztuczne? Co w nim jest sztucznego? Tu idzie walka o życie. A życie nie jest sztuczne. Życie trzeba ratować życiem! Przypomniałam sobie znagła, że usta–usta. Potem ucisk klatki piersiowej. Ale czym? Przecież nie moimi hybrydami. Przebiłabym nieszczęśnika na wylot. O kurczę, a gdybym sobie któryś z paznokci złamała? Nie darowałabym sierocie.
Co za idiota otwiera drzwi, w które ktoś inny właśnie wbija nóż? No kto? Trzeba naprawdę mieć nie po kolei w głowie, żeby wchodzić under fire! I to under fire kobiety takiej jak ja. To on nie wie, z kim sąsiaduje? On nie czuje, że jak ja jestem w domu, to ściany jego pokoju napierają na niego, robiąc dla mnie po drugiej ich stronie więcej miejsca na tę moją nieoczywistość?
– Ty, słuchaj… – pytam znienacka. – Nie żyjesz? Mrugnij albo chrząknij. Nikomu nie powiem. Tylko tak dla mnie…
No… Nie żyje. Widać nie partacz. Jak umiera, to na całego.
– Umarłeś? Halo. Tak bez przedstawienia się? Patrzcie, jaki upadek obyczaju. Gość wyciąga nogi w nieswoim mieszkaniu. Kiedyś – sytuacja nie do pomyślenia.
Jak go stąd wyrzucić? Nie udźwignę. Najlepiej, żeby ożył.
OK. Sztuczne – co za językowy fenomen – oddychanie. Ale nie paznokciami!
Rozpięłam mu koszulę. Co ja mówię – rozerwałam mu ją na strzępy. Wskoczyłam jak kowboj na konia i objęłam udami całą jego klatkę piersiową. Błyskotliwie zauważyłam, że zimny to on jeszcze nie był. Czyli nie trup. Jest nadzieja. I dawaj mu robić sztuczne oddychanie. I tak, i siak, i w górę, i po dwa razy w każdy bok. Nie sądziłam, że funkcja ratowniczki medycznej może być tak atrakcyjna… I przede wszystkim – odpowiedzialna. Tak. Na pierwszym miejscu obowiązek i misja. Ratować życie. Tylko zmodyfikowałabym to sztuczne oddychanie na mój wariant. Udooddychanie. No… A jakbym tak kiedyś na poetę trafiła. I powiedziałabym, czy nie zechciałby pan omdleć, to pana wtedy udooddycham…
Zabiłabym go takim słowem…
Kurczę, ja to mam tych talentów tyle, że ja bym każdym mogła być…
I wtedy ten idiota się ocknął. W takim momencie! Otworzył oczy, zobaczył taką amazonkę, w cwale falowym albo fallicznym, albo jak na flecie magicznym… A nie, co ja mówię, na dywanie lotniczym…
Nie wiem, ile czasu minęło… Ale ocknęłam się na fotelu dentystycznym.
Okazało się… Okazało się, że to był dentysta. Jak mnie w zupełnie niepotrzebnym w tym momencie przypływie świadomości zobaczył na sobie, w geście obronnym – tak się kretyn tłumaczył – wymierzył mi sierpowego, chyba prawego, że wybił mi dwa zęby. Jeden dolny, drugi górny. Albo odwrotnie. Jestem teraz na prochach i mam pewne szmery.
Aby uniknąć skandalu, wniósł mnie do siebie, na swój fotel i chciał mi szczękę… w gips wstawić. Nawet przygotował miksturę. Ale zorientowałam się w porę, co się święci, i… zrobiłam mu konterfekt post mortem albo przed mordem, w każdym razie mordę mu w ten gips wpakowałam i teraz, z pełną sąsiedzką harmonią, noszę sobie go na mojej piersi jak medalion.
O! Która godzina? To pewnie on. Codziennie wpada na… dotlenienie metodą udooddychania.
















