Kim jest dla mnie Daniel Barenboim?
Przykuwa mnie jego wręcz impresjonistyczna technika pianistyczna, ascetyczny styl dyrygowania czy może jakaś cząstka jego natury, tak intensywnie współbrzmiąca z moją?
Jest w moim muzycznym doświadczeniu postacią trochę jak z przedsnu. Niespokojnego. Gdy za oknem wzbiera burza, a zmęczenie po całym dniu nie chce już czekać ani sekundy na odwlekającą się chwilę pierwszych dźwięków pierwszej sonaty, wstaję jednak, domykam okno i zdaje mi się, że dopiero w tym mroku i ciszy widzę na moim fotelu… Beethovena.
Był rok 1972? Kolejna rocznica śmierci kompozytora. Na poddaszu budynku szkolnego urządziłem klub beethovenowski. Słuchaliśmy sonat. Grał Kędra.
Ta muzyka otworzyła mi nowy świat, z którego niepostrzeżenie i na chwilę jedynie uciekam tutaj.
Później udało mi się zgromadzić wszystkie filmy poświęcone kompozytorowi. Fabularne. Jest ich kilka. Żaden nie potrafił uwolnić się od pewnej gwałtowności, o którą reżyserzy i aktorzy zapewne spierali się między sobą, opierając się jednak na dość powierzchownej znajomości biografii tego człowieka.
Ba… człowieka. Jak można tak mówić o Beethovenie?
Barenboim – wiem o tym – ma w swojej twarzy ową gwałtowność, którą kryje za ascetycznym, niemal niewzruszonym wyrazem, jakby zamienionym w kamień. Nie umiem, słuchając jego interpretacji, nie myśleć o Jacqueline du Pré.
Patrzę na nią z bezgłosym zachwytem.
Widzę także Barenboima. I czasem wydaje mi się, że patrzę na nią jego wzrokiem.
Każdy ma swoją Immortal Beloved. Każdy. Ale nikt z obcych nic o niej nie wie. Nie ma pojęcia, jak pali i boli chwila, gdy Ona — choćby na moment — odwróci głowę i zajmie się czymś innym. W moich myślach.
Słuchając tych nagrań, szczególnie zapisu z roku 2020, można odnieść wrażenie, że zmienia się nie Beethoven. Zmienia się człowiek, który przez całe życie próbuje go zrozumieć.
Barenboim wracał do wszystkich trzydziestu dwóch sonat Beethovena wielokrotnie. Pierwszy komplet nagrał dla EMI w latach 1967–1970. Kolejny powstał w latach 1983–1984. Następny podczas berlińskich recitali w 2005 roku. Ostatni — w roku 2020, w Pierre Boulez Saal. To rzadki przypadek w historii fonografii. Niewielu pianistów pozostawiło tak rozległy zapis własnego dialogu z jednym kompozytorem. Jeszcze ciekawsze wydaje mi się jednak coś innego. Kiedy powstawał pierwszy z tych cykli, Barenboim był młodym człowiekiem, świeżo poślubionym Jacqueline du Pré. Świat stał przed nim otworem. Miłość, sukces, wspólne koncerty i nagrania. Wszystko zdawało się możliwe.
Oboje byli wtedy nazywani złotą parą muzyki klasycznej. Publiczność i krytycy widzieli w nich nie tylko dwoje wybitnych artystów, ale także rzadko spotykaną jedność talentu, młodości i uczucia. Trudno uwierzyć, że w tamtym czasie ktokolwiek mógł przewidzieć, jak okrutnie życie rozpisze dalszy ciąg tej historii.
A potem urwie wszystko w pół zdania.
Dlatego słuchając kolejnych rejestracji tych samych sonat, mam czasem wrażenie, że nie słyszę wyłącznie Beethovena. Słyszę muzykę losów. Beethoven. Barenboim. Ich zachwyt, utratę, nadzieję, pamięć i samotność. A teraz, gdy burza za oknem dopiero tężeje, w jej odległych rozbłyskach zdaje mi się, że słucham także siebie.
P.S. Patrzę jeszcze na okładkę tego wydania. Fotografia pianisty. Instrumentu. I muzyki. Tej ostatniej oczywiście nie widać. A może właśnie widać? Czyż sam Barenboim nie ustawił tu proporcji i emocji tego nagrania? Człowiek. Fortepian. I przestrzeń pomiędzy nimi. Reszta wydarzy się już po zamknięciu okna, zgaszeniu światła i pierwszych dźwiękach sonaty.
















