Tak, tak.
Długo się wahałem, ale postanowiłem ujawnić tę tajemnicę. Na jej trop wpadłem jakiś czas temu. Ale dzisiejszy północno-wschodni wiatr nie pozostawił mi już marginesu na dalszą zwłokę. Wróciłem ze spaceru i piszę.

Zacznę od kwestii najważniejszej. Martha Argerich jest najwybitniejszą żyjącą pianistką. Także dlatego, że wie, czego nie zagra. Wyraźnie powiedziała, że tej czy tamtej kompozycji — między innymi IV Koncertu fortepianowego Beethovena — nigdy nie wykona.
Fanaberia? Buta? Zarozumialstwo?
Nie. Choć pokora w jakimś sensie też do powyższej grupy należy.
O Beethovenowskim IV Koncercie mówiła, że jest dla niej czymś niemal świętym. W filmie Evening Talks wspomina, że było to jej pierwsze muzyczne olśnienie w dzieciństwie, gdy usłyszała Claudio Arrau grającego ten koncert. Dodaje, że nie wykonuje go, ponieważ „boi się, co mogłoby się wydarzyć”. Jest dla niej zbyt ważny.
Kiedy przed laty czytałem jej biografię, podkreślałem zdania bulwersujące moje wyobrażenie o człowieku, który jest artystą. Martha Argerich lekceważyła zwyczaje, normy, standardy. A ponieważ większość z nich odnosiła się do jej życia prywatnego — nie odważę się ich komentować. To nie wchodzi w rachubę.
Jedno tylko powiem: materia ta jest rozległa jak cała literatura muzyczna. I równie zaskakująca.
Ale nie mogłem też uwolnić się od myśli, że ten pianistyczny samuraj czy błędny rycerz życiowy musi w mniej lub bardziej zauważalny sposób naznaczać swoją grę cechami tak niekonwencjonalnej osobowości.
Samuraj — bo u Argerich jest coś z dyscypliny absolutnej. Nie w życiu prywatnym, lecz w stosunku do muzyki. Właśnie dlatego nie gra pewnych utworów. Samuraj nie atakuje każdej twierdzy. Wie, której nie wolno mu zdobywać byle jak.
Błędny rycerz — bo całe jej życie artystyczne jest wędrówką. Nie budowała kariery jak przedsiębiorstwa. Uciekała od planów, kontraktów, nagrań, od własnej legendy. Wiecznie w drodze.
Otóż — nic z tego.
Jakby przy Bachu przestawała być Marthą Argerich.
I kiedy wróciłem do płyty, której okładkę tu prezentuję, zrozumiałem, że Martha Argerich jest kimś nie z tej ziemi.
Bo jak ona gra Bacha?
No, proszę — jak?
Paradoksalnie, tam, gdzie inni szukają siebie, ona szuka Bacha.
Najłatwiej usłyszeć to w tempie.
Bo co to dla Bacha znaczyło: wolno? A co — szybko?
Dziś, i zawsze, muzycy potrafili niektóre kompozycje grać dwa razy szybciej albo trzy razy wolniej niż pozostali. I dopiero wtedy, gdy muzyk odnajduje tempo, zaczyna się magia muzyki.
Ale u Argerich odkryłem coś jeszcze bardziej subtelnego.
Jej Bach jest idealny.
Jest wymierzony i proporcjonalny.
W tempie i ekspresji — wzorcowy.
Nikogo i niczego nie naśladuje. Tworzy wzorzec.
Wzorzec idealny.
Bo Bach był… kobietą.
Taka jest nasza trzyosobowa — Bacha, Argerich i moja — teoria spiskowa wobec muzyki.
Z okazji urodzin — wszystkiego najlepszego, Janie Sebastianie Argerich.
Płytę można kupić TUTAJ
















