Którejś nocy obudził się z krzykiem.
Nie wiem, jakie to uczucie. Sama chyba nigdy nie miałam takiego incydentu. Nie wiedziałam, jak się zachować.
Oboje, chyba trochę zmieszani, czekaliśmy jedno na reakcję drugiego.
— Przepraszam…
— Coś złego ci się przyśniło?
Milczał.
Głębokie westchnienie sygnalizowało, że koszmar się rozpływał. Ale pamięć po nim zostanie na zawsze.
Nie wiem, dlaczego tak pomyślałam. Przecież nigdy mi się nic strasznego nie śniło.
— Powiesz?
Milczał.
Czułam, że tętno mu się znów zwiększyło.
Położyłam rękę na jego ramieniu. Ujął moją dłoń i otarł nią swoją twarz.
Nigdy wcześniej tego nie robił…
— Powiesz?
Przesunął moją dłoń na swoje usta i mocno ją przycisnął. jakby chciał je zakneblować. Znów zamknął oczy i wstrzymał oddech.
— Leżałaś na skraju przepaści. Trzymałaś każdą ręką naszych chłopców. Swojego i mojego. I krzyczałaś: nie utrzymam. Obu nie wyciągnę.
Byłam przerażona. Serce mi stanęło. Co za koszmar.
Zupełnie nie wiedziałam, co zrobić. W ogóle nie umiałam sobie tej sytuacji wyobrazić. Przepaść…
— Co ty mówisz…
— I pytałaś mnie, co masz zrobić. Obu nie uratujesz…
Na suficie przesunęły się odblaski świateł samochodu, który właśnie wjechał na nasz podjazd. Otoczony żywopłotami, był dobrą kryjówką dla niecierpliwych zakochanych.
Leżeliśmy porażeni tą wizją.
— A ty? Co ty byś zrobił?
Żachnął się. Odwrócił się w moją stronę.
— Skoczyłem razem z nimi…















