Oj tam, oj tam… Takie tam sobie normalne życie… W pracy jak w pracy. Gdyby tak jeszcze pozbyć się tych petentów. Odciąć telefony. Wyłączyć wi-fi. Rozładować komórkę. Sprawozdanie przełożyć na jutro. I w dobrym nastroju szybciutko pojechać do fryzjera. Potem smaczny obiad. Uwielbiam taki z resztek. Talerz z hukiem wrzucić do zlewu, chuchnąć na nową hybrydę. Sprawdzić lusterko, czy aby czyste i nie wykrzywia. Nowej fryzury! Mnie miałoby wykrzywiać? Bezczelność. Nie jestem jak BB czy CC. Nie chciałabym nawet. Wystarczy mi ta moja niewymuszona subtelność. Potem wygodny fotel. Noga na nogę. Kawa w wykwintnej filiżance. Jakieś obrazki w telewizorze. Najlepiej z drona. Uwielbiam krajobrazy świata. Tak sobie nad nimi lecę, lecę… Jakbym jakąś sokolicą była.
— UFO też tak nad ziemią lata… — słyszę z kuchni.
Nie zwracam uwagi na takie przycinki.
— Wzrok sobie ostrzę. Lepiej uważaj. Wypatrzę, dopadnę, rozszarpię.
— Już widzę te łzy, pocałunki, przytulanki, to chuchanie, cmokanie, przepraszanie…
— Ja? Ja? Nigdy! Jakbym cię przyłapała, to jeszcze na klacie kujawiaka bym odtańczyła. O, tymi pazurkami, tymi. Widzisz? Jaka ładna hybryda?
— Chyba Charybda…
Jak on mnie nieraz denerwuje. Ale to tak, żebym go tak chwyciła, tak szarpnęła, uniosła do góry i spojrzała mu prosto moim sokolim okiem w jego przestraszone gały.
— Lepiej postaw mnie na ziemię, bo ci jakiś loczek się naprostuje i co wtedy?
Czy to nie jest przemoc małżeńska? Czy to nie jest gwałt na słabej istocie? On czyta moje myśli.
Fryzurę sprawdziłam. Odruchowo tylko. Spokój. Tylko się nie denerwować. Jutro dyrektor mnie i tak z równowagi wyprowadzi. Jego też bym tak tego tu i tam, i nie wiem jeszcze gdzie!
Tylko co ja jutro na siebie włożę? No, gdyby słyszał, co sobie myślę, to by krzyknął z tej kuchni — kimono!
— Kimono włóż!
No! A nie mówiłam? Przed chwilą dokładnie to pomyślałam. Trzydzieści pięć lat w takim reżimie — przecież ja jestem wykończona.
— Wiem, wiem…
I tak wyglądają nasze rozmowy. Niby bez słów, a zwarte jak łańcuch rowerowy. Właśnie, rower. Muszę go wyciągnąć. Nowy koszyczek sobie kupię w tym roku. I zapakuję go do tego koszyczka, i do lasu wywiozę, na polance samego zostawię i pojadę sobie w dal.
— A ty wiesz, że od tego roku musisz mieć kartę rowerową poświadczoną przez policję i psychiatrę, że nie wykazujesz cech agresywnych…
On mnie doprowadzi do obłędu. Zaraz zamuruję te drzwi do kuchni. Spokój, spokój… Więc co ja jutro na siebie włożę? Przecież wiem. Tylko które buty? Fryzurę sprawdzałam? Tak, oczywiście. Tak mnie zdenerwował, że przyklepuję te włosy, jakby to była wata cukrowa na patyku. Boże, co ja gadam? To jest właśnie to — z kim przestajesz, takim się stajesz. A tak byłam subtelna. Taka nieśmiała i zawstydzona. Nigdy pierwsza, zawsze szeptem… I co on ze mnie zrobił? Ciągle powtarza — lokomotywa, zetor albo ursus. Nie wiedziałam, co to. Myślałam — jacyś bohaterowie antyczni. Okazało się, że to… traktory z serca socjalizmu. No… Czy któryś sędzia zawahałby się, by mnie uniewinnić?
Spokój. W przyszłym tygodniu mam fryzjera w czwartek. Rysiu nie może w środę. Ma jakieś sprawy. Nie lubię, jak mi zmienia terminy. Mogłabym odpuś… Co ja gadam. Odpuścić fryzjera? Pójdę w czwartek. Oczywiście. Zrobię sobie te „bajdewindy”. On nawet nie wie, że ten typ nazywa się balejaż. Ale jemu tylko morze ciągle w głowie. Flądrę by sobie jakąś wziął, a nie… orkęęęę…
Która godzina? Och…
— Idziemy spać! Wiesz, która godzina. Jeszcze musisz mnie podrapać po plecach. Ale jak się nie przyłożysz, to…
— … to nic z tego, bo wycieraczkę wyprałem. Więc mój adres delegacyjny za niewłaściwe drapanie jest chwilowo nieaktualny..
Stanął na schodach, o stopień wyżej niż ja. I patrzy na mnie z góry. Tyran. A ja? Ja, nieboga…
— Zejdziesz mi z drogi czy mam cię wnieść na górę?
— Wnieść proszę. Jeśli udźwigniesz.
— Ile ważysz?
— Niezmiennie tyle samo. Od pierwszej próby, jaką podjęłaś — sto cztery kilogramy.
Nogi się pode mną ugięły. Jak słyszę to sto cztery, to zamieniam się w superfortecę albo bombowiec. Sto cztery. Ani grama więcej, ani grama mniej. W sam raz. I to mi wystarcza. Od trzydziestu pięciu lat. Stabilizacja.
Ot, wszystko tylko na miarę posiadanych środków.
Sto cztery















