Tak. Słabnę. Bo rosnę w czarno-białą siłę.

Coraz trudniej jest mi utrzymać emocje na wodzy.
Nie podskakuję ani nie wykrzykuję swoich uniesień, by świat zwrócił na nie uwagę.
Pozwalam im – ba, nie mam innego wyjścia – rozsadzać moje skronie od środka.

Mignęła mi gdzieś informacja, że Andrew Scott zagrał główną rolę w serialu Netfliksa „Ripley”.
Pierwszy odcinek, jak dotąd tylko ten jeden i trzecią część drugiego, oglądałem chyba trzy razy dłużej niż każdy normalny widz. Cofałem, cofałem, podchodziłem do ekranu. Milczałem.

Kąpałem się w tym filmie niczym stary wróbel w kałuży po pierwszym majowym deszczu.
Pewnie – gdy ochłonę – napiszę może coś bardziej stonowanego, ale teraz muszę wyłapać wszystkie wykrzykniki, by nie porwał mi ich wiatr i ta od niedzieli sztormowa pogoda nad morzem. Sztormowy wiatr lubi igły wysokich sosen. Gwiżdżą bezdźwięcznie. Szumią tylko…

Po pierwsze Andrew Scott. Trzeci bodaj raz „rozkładam” na czynniki jego monodram „Vanya”. Tak, „Wujaszek Wania” Czechowa, jeden z najczęściej wystawianych na świecie dramatów tego autora. Scott w monologowej, multiobsadowej paradzie nastrojów. Zrazu – z przerażeniem, a potem wręcz po klatkowo – obserwowałem, jak aktor bawi się publicznością i z publicznością, zanim padną pierwsze czechowowskie słowa.

Potem wróciłem do jego „Hamleta”. Takiego monologu, który w swojej nieobejmowalnej, migotliwej naturze, niczym dżin wyłaniający się z lampy Alladyna, nikt chyba wcześniej nie wykreował. I znów nie wiedziałem, pierwszy raz oglądając Scotta w tej roli, czy to kobra mnie hipnotyzuje, czy to jakiś trick działający podkorowo nie pozwolił mi oderwać się od pytania: być albo nie…

I teraz „Ripley”.

O treści nie mogę powiedzieć nic, choć z wolna staje się ona dość oczywista, a nawet banalna: być nie sobą, być nie kimś innym. Ale to wciąż bardziej intuicja niż coś, co naprawdę wynika z fabuły.

Więc dlaczego? Dlaczego – odłupawszy kawałek brokuła, którego poddam kąpieli na parze – musiałem napisać tych kilka zdań? Powodem jest szok, jaki wywołały pierwsze ujęcia z Włoch: ten cudowny autobus sprzed disneyowskiej epoki, a szczególnie obrazy z Villi Torricella na wyspie Capri (ciekawa historia tego domu) oraz z Atrani na Wybrzeżu Amalfitańskim.

Mój Boże, czy znajdzie się jakaś nieustannie początkująca pisarka, która pojechałaby tam ze mną? Oferty – wyłącznie poważne – przyjmuję o każdej porze dnia. Szczególnie po północy. Bo omal jednej nocy przez ten pierwszy i kawałek drugiego odcinka nie przespałem.

Dlaczego? Dlaczego…
Już słyszę, jak sensacja zgaśnie. Dla mnie jest nią fotografia. Czarno-biały film. Opowieść we wszystkich odcieniach bieli, czerni i przepełniającej je szarości.

Jestem dzieckiem fotografii czarno-białej. Miałem kilka ciemni fotograficznych. W jednym czy dwóch nawet kartonach trzymam stare redukcje, obiektywy, lampy halogenowe, które montowałem we wnętrzu powiększalników, które nieustannie przerabiałem. Po to, by całe noce wpatrywać się w ciemni w… ziarno, w strukturę przejść między kontrastami. W półcienie i czernie, które nigdy nie mogły być spełnione. Zawsze gdzieś musiał pojawić się – mówiliśmy wtedy – szczegół w cieniach.

Fotografii czarno-białej nie zrozumie nikt, kto zna tylko fotografię kolorową. Zdjęcia przesycone szarościami były arcytrudne do wykonania, a potem zreprodukowania. Zabawa w dobór papieru, w stężenie odczynników. Magia. Alchemia. Zaklinanie i wręcz modlitwa. Bo naświetlanie papieru odbywało się nie na: jeden, dwa, trzy… tylko: Zdrowaś Mario, łaskiś… I cała sztuka polegała na dodaniu lub ujęciu ostatniej sylaby lub pierwszej kolejnego wyrazu.

Dziś patrzymy na skrzące się, zazwyczaj nieprawdziwe kolory morskiego brzegu, burzowej chmury czy porannej mgły pod szczytami. Wtedy, w świecie odcieni, wpatrywaliśmy się w niuanse, przepływy, niedoświetlenia, przejaskrawienia. W ciemni korygowaliśmy otwartą dłonią bezlitosny snop światła, przesłaniając te fragmenty ujęcia, które chcieliśmy niedosycić światłem, a te intensywne zasłanialiśmy, by wyciągnąć części słonecznie anemiczne.

Fotografia czarno-biała była jak dobra literatura. Pisana czarną czcionką na białym papierze. Dzieła największe publikowano na papierze jedwabistym, trąconym sepią lub niejednolitą fakturą, na podobieństwo papieru czerpanego. To podłoże było często dodatkowym elementem pogłębiającym plastykę ujęcia. To taka namiastka trzeciego wymiaru, tworzonego przez załamujące się na nierównościach papieru fotograficznego zmiany w fakturze ujęcia. W grze cieni i świateł.

Po naświetleniu – kolejny paciorek nad obrazem przychodzącym na świat w kuwecie z rozpuszczalnikiem. Przygotowanie płynu było nie lada sztuką. Kiperzy smakują trunek, fotografik wącha odczynniki, bada ich lepkość, przejrzystość, gęstość. Bimbrownicy toczyli po kropli trunek – my z podobnym skupieniem poddawaliśmy wodę procesowi destylacji. Bo odbitkę fotograficzną trzeba było na każdym etapie wywoływania i utrwalania płukać.

Dwie ciemnie miałem w wieżowcu radiowo-telewizyjnym, na V i na VI piętrze. Ale najlepszą – w łazience, a właściwie w klitce z wanną, umywalką, sedesem i pralką. I z powiększalnikiem.

Czerwona żarówka – ba! Zdobycie naprawdę czerwonej nie było zadaniem prostym – działała w sposób lekko hipnotyzujący. Puls słabł, to znowu skakał, oczy mrugały niemalże bez żadnego ruchu powiekami, aby nie przegapić tego jednego, jedynego momentu na wyjęcie papieru z wywoływacza.

Technika, technologia – to ważne kwestie. Ale wykonanie zdjęcia zawsze było poprzedzone analizą – jak to ujęcie się „odbije” na papierze? Fotografowanie wtedy było procesem złożonym. Przypadkowość, oczywiście, dawała zdjęcie. Ale nam chodziło o ujęcie.

W filmie „Ripley” miesza się fotografia z czarno-białym filmem. Jak najbardziej niezdrowe, pyszne ciastko tortowe. Zbliżenia i ujęcia skomponowane tak, by niemal każde prezentowało krajobraz lub obiekt na podobieństwo łowickiej spódnicy – przebarwnej w swojej szarości.

Do tego muzyka. Mój Boże. Festiwal San Remo… Płyty winylowe, przywożone przez marynarzy pływających na węglowcach do Włoch. Oni przywozili wtedy także plastikowe gondole z lampkami i pozytywką, koszule non iron i płaszcze ortalionowe. Ameryka mogła nam zazdrościć!

Lucjan Kydryński z głośnika starej lampowej „Agi” zapowiadał przeboje znad Lazurowego Wybrzeża. Ten rytm, ta sekcja – odżyły w tym filmie, tworząc tunel czasowy.

Jestem w nim i nie zamierzam w najbliższym czasie się z niego wychylić. Chyba że trafi się amatorka współpodróżniczka do Villi Torricella.

Ja byłbym chyba jednak Johnnym Flynnem jako Dickie Greenleaf, a Pani – przenikliwą w swoim ostrym spojrzeniu Dakotą Fanning, pisarką in spe Marge Sherwood. Pana Ripleya darujemy sobie. Chyba że Andrew Scott zgodziłby się być naszym cicerone.

Kilka zdjęć, które dodaję do tego tekstu, przedstawia pozostałości powiększalnika mojego Ojca. Jest też suszarka. Ze sparciałą tkaniną, ale całkiem dobrze zachowanym lustrem nadającym suszonym zdjęciom nieskazitelny połysk.

Gdyby tak można było… Tak na chwilę, nawet krócej, znów usiąść z Ojczyskiem w jego starym domu, w piwnicy, gdzie nad fotograficzną kuwetą uczył mnie pacierza… Ojcze nasz, któryś je…!

p.s. Autorem scenariusza jest Steven Zaillian, który wyreżyserował wszystkie osiem odcinków. Autor scenariusza m.in. „Listy Schindlera”. Podstawą – proza Patricii Highsmith.

Zdjęcia – Robert Elswit. Laureat Oscara za „There Will Be Blood”.

Zachód słońca tego wieczoru. W czerni pełnej bieli. I znów to samo: słabnę. Bo rosnę w tę czarno-białą siłę.

Dodaj komentarz