Kiedyś mówi: zróbmy sobie selfie. Jak dotąd — pierwsze i jedyne w życiu.

Mierzył, kadrował, przesuwał, kucał, podskakiwał, grzywkę poprawiał, zegarek nakręcał, kaptur odpiął, łyk wody mineralnej dla przemycia zębów zmarnował, a jak już wszystko było super, ustawione w punkt, w sam zachód słońca, powiedziałam: rób — dokonując ostatniego mistrzowskiego dokadrowania.

I mamy to!

Nasze pierwsze i jedyne w historii selfie.

To właśnie my. Cała prawda o nas. O relacji, proporcji i harmonii. Wszystko, to znaczy — wszyscy na swoim miejscu. Oczywiście — nad morzem. Bo on innego miejsca na świecie nie uznaje. Rybak małorolny.

Zawsze podejrzewałam, że z jakiejś Huculszczyzny albo Turkmenii tu przywędrował. A wpatruje się we mnie, gdy mu to jego pochodzenie wypominam, jakbym jakimś astronomicznym zjawiskiem była. Najlepiej gwiazdą, oczywiście. Ale żeby mi coś takiego choć raz powiedział. Spontanicznie. Coś miłego.

Raz mu nawet kazałam to zrobić. A on:

— Ale co ja mam powiedzieć? Podpowiesz? Dasz coś na wzór?

Tak mi odpowiedział. Dokładnie tak!

Hm. Hm… Hm…

Nie, no na pewno by mnie uniewinnili. Jestem przekonana. Popatrzyłam mu wtedy prosto w oczy i powiedziałam, że… jeszcze pożyje. Ale tylko dlatego, że nie mam zamiaru biegać z kwiatkami i przemawiać do marmurowej płyty.

Usiedliśmy po zdjęciu na mokrej ławeczce. Uśmiechnięci. Szczęśliwi. Na tle zachodzącego słońca, z migotliwą gwiazdą — ma się rozumieć — na pierwszym planie.

Wtedy pokazałam mu to nasze selfie.

Oniemiał.

— Cudne, prawda? W klimacie i takie prawdziwe, zwykłe. Tylko my. Oboje.

Nie odzywał się. Patrzył na fotografię, na jej prawy brzeg… Odwrócił telefon, jakby czegoś na drugiej stronie szukał.

— No przecież tak ci zależało, żeby molo wyszło na zdjęciu. I wyszło. Ładne. Prawie całe. Ja wszystko robię dla ciebie. Żeby ci sprawić przyjemność, a ty? Tak trudno zrobić coś tylko dla mnie? Nic wielkiego. Ot, po prostu — tylko na miarę dostępnych środków.


Dodaj komentarz