Są płyty, które się słucha, i takie, przy których odruchowo odwraca się głowę, bo ktoś w pokoju właśnie zagrał na saksofonie. Nagrania Mapleshade należą do tej drugiej kategorii. Za każdym razem, gdy wkładam do odtwarzacza którąś z nich, mam to samo wrażenie: ktoś otworzył drzwi do pomieszczenia, w którym muzycy grają naprawdę, tu i teraz.
Człowiek z Pentagonu, który nie znosił kompromisów
Historia Mapleshade zaczyna się w miejscu, w którym nikt nie szukałby audiofila. Pierre Sprey był analitykiem w amerykańskim Pentagonie i współtwórcą koncepcji samolotów F-16 i A-10. Słynął z tego, że bezlitośnie wytykał przerost formy nad treścią: zbędną elektronikę, dodatki dla samych dodatków, rozwiązania, które dobrze wyglądały na papierze, a w praktyce zawodziły.
To samo podejście przeniósł do studia nagraniowego, które urządził w Upper Marlboro w stanie Maryland. Skoro każdy dodatkowy element na drodze sygnału coś zabiera, to trzeba je usunąć. Wszystkie, które nie są absolutnie niezbędne.
Recepta: mniej znaczy prawdziwiej
Tak narodziła się filozofia Mapleshade:
- dwa mikrofony zamiast kilkunastu, ustawione tak, by uchwycić zespół jako całość, a nie każdy instrument osobno;
- żadnego stołu mikserskiego, żadnych korektorów, kompresorów ani sztucznego pogłosu;
- muzycy grają razem, w jednym pomieszczeniu, bez kabin, słuchawek i dogrywek;
- sygnał trafia prosto na taśmę analogową, przez możliwie krótki tor zbudowany i dopracowany przez samego Spreya.
Efekt? Brzmienie, którego trudno szukać gdzie indziej. Instrumenty nie są „ładne” w studyjnym sensie. Są prawdziwe: z oddechem, z szumem klap saksofonu, z rezonansem korpusu kontrabasu i z drewnem fortepianu. Słychać, gdzie kto stoi, słychać, jak muzycy na siebie patrzą, jak się nakręcają, jak jeden podchwytuje frazę drugiego.
Treść czy brzmienie?
Przy pierwszym odsłuchu wielu słuchaczy przeżywa lekką dezorientację. Co tu jest ważniejsze: muzyka czy dźwięk? Odpowiedź przychodzi po kilku minutach i jest prosta: przy takim brzmieniu treść zyskuje podwójnie. Ballada staje się bardziej intymna, blues bardziej dosadny, a big band, nagrany dwoma mikrofonami, uderza fizycznie, jak na żywo w małym klubie.
Od czego zacząć?
Katalog Mapleshade to przede wszystkim jazz, ale też blues, gospel, muzyka afrykańska i kameralna klasyka. Kilka tytułów, od których warto zacząć:
- Larry Willis – Solo Spirit. Fortepian solo, hymny i spirituale, z którymi Willis dorastał. Cisza jest tu częścią muzyki. Dla wielu jedno z najlepiej nagranych fortepianów w historii CD.
- Hamiet Bluiett – Makin’ Whoopee. Hołd dla tria Nata Kinga Cole’a bez fortepianu: rolę 88 klawiszy przejmuje potężny saksofon barytonowy.
- John Hicks – Trio + Strings. Ballady i walce Hicksa w aranżacjach Larry’ego Willisa. Steinway brzmi jednocześnie ciepło i perkusyjnie.
- Frank Foster – We Do It Diff’rent. Big band byłego szefa orkiestry Counta Basiego. Potęga blachy, której nie trzeba podgłaśniać.
- Andy McKee – Sound Roots. Nowoczesny, bluesowy jazz kontrabasisty Mingus Big Band. „All Blues” wjeżdża na wichurze bębnów.
Dlaczego to wciąż ważne
Pierre Sprey zmarł w 2021 roku, ale jego nagrania pozostają czymś w rodzaju wzorca. Przypominają, że w muzyce nie chodzi o efekty, tylko o spotkanie ludzi, którzy razem grają. Mapleshade nie poprawia rzeczywistości. Po prostu jej nie psuje. A to, jak się okazuje, rzadka sztuka.
Jeśli Państwa system potrafi pokazać różnicę między nagraniem a muzyką, płyty Mapleshade bezlitośnie ją obnażą. Na korzyść muzyki.
Płyty Mapleshade dostępne są w Club CD: wszystkie tytuły Mapleshade na ccd.pl. Opisy każdej z nich i próbki dźwiękowe znajdą Państwo na stronach produktów.

























