Niebożęta

Bzdura! To przemyślne stwory. Takie konstrukty samoprogramujące się. Ich dolna granica wyczucia poziomu egzystencjalnego zagrożenia ustawiona jest dokładnie na granicy mojej wytrzymałości.

Oczywiście… Najlepiej jest usiąść na kanapie. Rozłożyć te swoje bibelociki, gadżeciki, klocuszki, maluszki, paluszki, cyc… to znaczy zabaweczki.

I jeden uczy drugiego.

Tu masz play, a tu masz stop. Tu szybciej do przodu, a tu wolniej do tyłu. Tu możesz przeskoczyć, wyskoczyć, zaskoczyć i – ping! – wyłączyć. Powtórz.

– …ycaczyc, potacyc, ocacyc…

Doszło do tego, że dziecko przez ponad dwa lata chodziło na spacery z dwoma pilotami i grzebieniem. Bo grzebień wyglądał jak pilot. A pilot – oczywiście – jak telefon komórkowy!

I zamiast – jak inne dzieci – obrzucać się piaskiem, wyzywać, popychać i biegać, ten ancymonek szedł 3,2 kilometra na lody i przykładał do ucha to jeden pilot, to drugi, to grzebień. I ratował świat! Jak jego rodzice i dziadek. Ten to potrafił Teatr Wielki słowami na tarasie budować. Biedne dziecko siedziało na kocyku i patrzyło na tego Lawrence’a Oliviera, jak hamletyzuje.

A kiedy obaj szli na te lody, ten mniejszy siadał na ławce i „nadawał” przez pilota i przez grzebień. Jak mały dziadek.

Hm…

Nawet grzywka mu się wtedy jakoś bardziej w lewo zakręcała…

I perorował. Z tym się kłócił, tamtemu coś tłumaczył. A jak się gardłowo śmiał? Jak śledź w beczce marynowany, z radości, że go tam nikt nie znajdzie.

Trudno było zachować powagę, gdy mały protestował. Tak dzieci uczą się naszych, swoich rodziców i dziadków reakcji. A każde z nich jest jednocześnie Alem Pacino i Robertem De Niro.

Gdyby facetów zostawić na całym świecie bez jakiejkolwiek kontroli, wszystko przykładaliby do ucha. Podeszwę adidasa, patelnię, tackę z serem żółtym królewskim, a nawet – to ich ostatni wynalazek – książkę o strażaku Franku.

Cóż za zdziwienie malowało się na buzi tego mniejszego…

Książka mu nie odpowiada?

Na szczęście ten starszy przyszedł mu w sukurs. Przykładał książkę do ucha i zaczynał wyć jak zachrypnięta syrena.

Ale kiedy na zegarze wybija ósma, ten mniejszy wie, co ma ze swoim uchem zrobić. Nic nie mówię, tylko wargi zagryzam. I tulę tę moją “komóreczkę”.

Ale kiedy ten starszy spod opadającej powieki zobaczy, że wskazówka dochodzi do dwudziestej trzeciej, zanim cokolwiek powie, szybko podaję mu pilot z bezgłośnym komentarzem:

– Masz, proszę, przytul się…

Świat facetów jest jak skrzynka na główki kapusty.

Ot, wczoraj. Rozkładam pranie.

Pytam:

– Czyje to?

Obaj odpowiadają, nawet nie patrząc:

– Moje.

Gdybym to samo pytanie powtórzyła, trzymając w rękach zmiotkę i szufelkę, odpowiedzieliby równie zgodnie:

– Twoje!

Nie… Nie da się z nimi żyć.

Już dawno doszłam też do drugiego wniosku – nie da się bez nich żyć.

Więc jak żyć?

Ależ tak, oczywiście.

W miarę posiadanych środków.

Wśród których najważniejszy jest ten:

kocham ich.


Dodaj komentarz