Tytuł tego felietonu oczywiście nawiązuje do słynnego zawołania: ujrzeć Neapol i umrzeć. Vedi Napoli e poi muori.

Sens zawołania nie jest ponury, tylko emfatyczny. Chodzi o najwyższy zachwyt. Neapol — położony nad zatoką, z widokiem na Wezuwiusz, morze, światło, gwar, teatr ulicy, pałace, biedę, muzykę i chaos — uchodził przez wieki za miasto tak niezwykłe, że podróżnik po jego zobaczeniu miał już „zaliczone” jedno z najwspanialszych doświadczeń świata.

W odniesieniu do Szczecina trzeba byłoby dodać jedno, dwa zdania. Na przykład: ujrzeć Szczecin i umrzeć, ale dopiero wtedy, jeśli uda ci się znaleźć miejsce parkingowe przy nowym odcinku alei Wojska Polskiego.

Patrzę dziś na Szczecin z perspektywy okolic Löcknitz. W tamtejszym Urzędzie Gminy wydawana jest co miesiąc gazeta. Urzędowy dziennik, pełen ogłoszeń i komunikatów. Nudy na pudy! Ale nie dla mieszkańców regionu Löcknitz-Penkun.

Ciekawym byłoby porównanie tych wydawnictw. Od formatu, po zawartość, a przede wszystkim celu oby wydawnictw. To z lewej – powstaje w wielkim mieście, po prawej – gazetka gminna.

Godzinami, oparci o płot, dyskutują nad planami, szkicami, mapami, obrysami, projektami pokazującymi, co i jak zmieni się w ich okolicy w najbliższym czasie. Do tego — mnóstwo drobnych ogłoszeń, relacji, dwa, trzy teksty problemowe, ale bez przesady. To wydawnictwo informacyjne. I od lat, niekiedy nawet na kilku szpaltach, poświęcone jest dziejom tego regionu.

Lokalny historyk o niezwykle globalnym spojrzeniu opisuje dzieje tych ziem jak w kalejdoskopie, w wehikule czasu. Uświadamia czytelnikom, co działo się tuż za rogiem, w miejscu, gdzie teraz stoi nowe osiedle, albo tam, pod lasem, na obszarze przeznaczonym na tereny przemysłowe. Snuje się na kartach tego wydawanego na najtańszym papierze miesięcznika opowieść o generałach i maruderach, królach i możnych, klerze, handlarzach, rolnikach, łobuzach i wielce szanownych obywatelach ówczesnych grodów.

To nie jest epatowanie Internetu kopiami kart pocztowych, zdjęć z przedowjennj prasy czy podawanie ujęć z drona. To są “dobrze wypieczone” i udokumentowane smakołyki historyczne.

Nie są to artykuły naukowe tylko dlatego, że nikt ich tak nie nazywa. Są pisane z pasją i wyczuwa się to od pierwszego zdania — z lekkości gawędy, dobrze opowiedzianej historii. Sam dobór tematów wzbudza najwyższy szacunek. Nie ma tu cienia tej złej, rewizjonistycznej polityki i propagandy, nachalnej, ziomkowskiej, odwetowej. Czy powodów do takiego zachowania już nie ma? Nie wiem. Ale w gazetce są fakty, fakty i tylko fakty.

Gazeta jest darmowa. Jeśli dobrze pamiętam, ponad pięć tysięcy egzemplarzy dostarczanych jest do domostw w okolicy. Mieszkańców regionu jest ponad dziesięć tysięcy. Ale — przekonałem się o tym już dawno — gazeta jest czytana i archiwizowana.

Dzięki uprzejmości autora, Dietricha Meviusa, i redakcji „Amtsblatt Löcknitz-Penkun” mogę opracowywać te teksty dla potrzeb naszej strony. A potrzebę widzę ogromną. Nie znajduję bowiem dowodów — może nie do końca w odniesieniu do całej, osiemdziesięcioletniej przeszłości tego regionu — żeby Szczecin interesował się sobą tak, jak swoją historią zajmują się mieszkańcy przygranicznych wiosek i miasteczek po stronie niemieckiej.

Co ciekawe, mają oni wobec Szczecina należny mu szacunek. Bywają tu niemal codziennymi gośćmi. Wiele razy cytowałem ich słowa, że Berlin jest daleko i jest za drogi. Szczecin jest dla nich naturalnym miastem stołecznym. Ale wiedzą też, że to atawizmy, a nie administracyjne fakty.

Właśnie teksty Dietricha Meviusa oscylują głównie wokół relacji politycznych, gospodarczych i społecznych szeroko rozumianego ujścia Odry i brzegu Bałtyku z jednej strony, po Kostrzyn, a nawet Görlitz — z drugiej. Te tereny historycznie były zawsze niezwykle pobudzone.

Czy na chęć panowania nad tymi ziemiami decydujący wpływ miała Odra? Sądzę, że tak.

Kiedyś, w rozmowie z burmistrzem Berlina, Eberhardem Diepgenem, uznaliśmy, że warto się przekonać, czy Odra nadal może być szlakiem, trasą, drogą peregrynacji nowych pokoleń. Udało nam się wtedy, na krótko, „udrożnić” wodną drogę z Berlina na brzeg Bałtyku dla jachtów i łodzi motorowych.

Migracja żeglarzy była właściwie jednokierunkowa: nach Ostsee!

W jednym z ostatnio publikowanych artykułów Dietrich Mevius opowiada o zmieniającej się konfiguracji nadodrzańskich grodów, a przynajmniej stolic i centrów politycznych na ziemiach skupiających swoje interesy gospodarcze wokół rzeki.

Pisze o Oderbergu.

Już sama nazwa miejscowości uruchamia wyobraźnię.

Od około 600 roku mieszkali tu Słowianie, którzy założyli gród Bardin na terenie dzisiejszego miasta. Na przełomie X i XI wieku ziemie te znajdowały się pod kontrolą Bolesława I Chrobrego i później także Bolesława III Krzywoustego.

Dziś w Oderbergu mieszka niewiele ponad dwa tysiące osób. A kiedyś była równa Szczecinowi. Ówczesnemu. Szczecin musiał się liczyć z Oderbergiem. I wzajemnie. Ciekawe… Kto w Szczecinie kojarzy choćby miejsce położenia tego miasteczka? O rolę i znaczenie nie pytam. Nie tylko przez grzeczność.

Zatem popatrzmy na główne fragmenty opowieści Dietricha Meviusa. Na Szczecin — miasto, które w sprawach umierania wobec jego urody i potęgi miewało poważnych konkurentów.

Ale zacznijmy od spojrzenia na mapę:

Gdzie jesteśmy

Szczecin. Löcknitz. Penkun. Schwedt. Oderberg. Hohenwutzen. Küstrin, czyli dzisiejszy Kostrzyn nad Odrą. Berlin.

Dziś te nazwy rozchodzą się w różnych kierunkach naszej praktycznej pamięci. Löcknitz — blisko, przy granicy, trochę polskie po niemieckiej stronie. Penkun — przy autostradzie na Berlin, z zamkiem, z jeziorem, z cichym zapleczem. Schwedt — Odra, przemysł, rafineria, miasto, które wielu szczecinian zna bardziej z drogowskazów niż z własnej historii. Oderberg — dla większości prawie puste miejsce na mapie. Hohenwutzen — zabudowania przy drodze, targ, punkt na trasie. Küstrin/Kostrzyn — twierdza, Warta, Odra, ruiny, a dla młodszej pamięci także wielki festiwalowy kurz (Przystanek Woodstock, potem Pol’and’Rock Festival). Berlin — poza wszystkim — koniec jednej z osi, która przez Brandenburgię prowadzi ku Odrze.

Odległości są niewielkie. Löcknitz leży od Szczecina o dwadzieścia kilka kilometrów. Penkun podobnie. Schwedt to około czterdzieści pięć kilometrów. Oderberg — około siedemdziesięciu. Kostrzyn/Küstrin — niespełna sto. Berlin — jedna z centralnych stolic świata.

Szczecin miał na koniec 2025 roku około 383,8 tysiąca mieszkańców. Oderberg ma około dwóch tysięcy dwustu, może dwóch tysięcy trzystu. Löcknitz — około trzech tysięcy. Penkun — mniej niż dwa tysiące. Kostrzyn nad Odrą — kilkanaście tysięcy. Dzisiejsze liczby ustawiają te miejsca w porządku administracyjnej skromności. Ale historia rzadko pytała o statystyki. Interesowała ją rzeka, bród, cło, most, wyspa, zamek, jego załoga, magazyny i kanały, trakt i możliwość zatrzymania wrogiej armii albo obcych towarów.

Na takiej mapie małe miejscowości przestają być małe. Zaczynają być punktami, przez które przechodziła władza.

I w tym sensie Oderberg nie leży daleko od Szczecina. Leży blisko tej dawnej odrzańskiej logiki, bez której Szczecin staje się miastem oglądanym od środka, zbyt zadowolonym z własnego centrum i zbyt nieuważnym wobec rzeki, która go kiedyś tak mocno rozwijała.

Tekst Dietricha Meviusa o twierdzy „Bärenkasten” w Oderbergu można czytać nie tylko jako lokalną historię średniowiecznej i nowożytnej fortyfikacji, lecz także jako opowieść o Odrze jako osi politycznej, wojskowej i gospodarczej między Brandenburgią, Pomorzem, Szczecinem i późniejszym państwem pruskim. Szczecin nie jest tu bohaterem pierwszego planu, ale stale pojawia się jako punkt odniesienia: raz jako stolica książęca Pomorza, raz jako cel szwedzkiej i pruskiej polityki, innym razem jako miasto, które po 1720 roku przejmuje funkcję strategiczną, odbierając Oderbergowi jego polityczne i gospodarcze znaczenie.

Oderberg (prawie Szczecin)
By Ralf Roletschek – Own work, GFDL 1.2, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=69944421

1. Zatem — Bärenkasten

Dosłownie „niedźwiedzia klatka” albo „niedźwiedzi kojec”. Nazwa ta ma według tekstu związek z faktem, że w obrębie fortyfikacji rzeczywiście trzymano niedźwiedzie. Świadczyć ma o tym zachowany dokument z 1623 roku, w którym mieszkańcom Oderbergu polecono wynosić z „Behren Kasten” kości padliny. Mieszczanie odmówili, twierdząc, że to obowiązek rakarzy albo ludzi ze wsi. Autor traktuje ten epizod jako nie tylko ciekawostkę z historycznego punktu widzenia, ale daje rys charakteru mieszkańców. Niedźwiedzie, niczym do niedawna jeszcze kanarki w klatkach…?

Zasadniczy temat jest jednak znacznie poważniejszy. Chodzi o twierdzę na Odrze, zbudowaną w XIV wieku jako element kontroli szlaku rzecznego, handlu i pogranicza między Brandenburgią a Pomorzem. Autor prowadzi historię od grodu na Albrechtsbergu, przez budowę umocnień na wyspie odrzańskiej w 1353 roku, po wojny brandenbursko-pomorskie, wojny ze Szwedami, rozbudowę twierdzy w XVII wieku i jej stopniowy upadek po przejęciu Szczecina przez Prusy.

Najważniejsze jest więc nie samo dziwaczne miano „Bärenkasten”, lecz pytanie: po co Brandenburgii była twierdza w Oderbergu? Odpowiedź brzmi: do kontroli Odry, do zabezpieczenia interesów wobec Pomorza i do ochrony brandenburskiej obecności na jednym z najważniejszych odcinków rzeki.

2. Odra jako główna bohaterka tekstu

Odra w tym tekście jest drogą, granicą, przeszkodą, kanałem handlowym i narzędziem wojny.

Już pierwsza funkcja zamku i późniejszej twierdzy wiąże się z kontrolą starego biegu Odry oraz ruchu na szlaku rzecznym. Autor pisze, że pierwotna warownia na Albrechtsbergu miała służyć kontroli handlu na starej Odrze, ale z powodów praktycznych nie spełniała tej funkcji wystarczająco dobrze. Dlatego w 1353 roku rozpoczęto budowę umocnień na odrzańskim werderze, czyli na terenie wyspowym, lepiej nadającym się do kontroli rzeki.

To bardzo ważny moment: twierdza zostaje przeniesiona bliżej samej rzeki, ponieważ kto kontrolował Odrę, kontrolował przepływ ludzi, towarów i sił wojskowych.

W tekście wyraźnie powraca motyw, że położenie na wyspie było idealne strategicznie. Do twierdzy można było dostać się tylko mostami albo łodzią, a jednocześnie leżała ona na terenie bezpiecznym wobec powodzi. Oderberg był więc miejscem, gdzie układ rzeki dawał przewagę militarną.

Widać to także podczas oblężeń szwedzkich w XVII wieku. Szwedzi próbowali atakować twierdzę od strony rzeki, używali dział i moździerzy, a nawet tratw uzbrojonych w armaty. Rzeka jednak nie była biernym nośnikiem ataku. Wysoki stan wody sprawiał, że nurt porywał i unosił tratwy. Odra z jednej strony była drogą ataku, a z drugiej — naturalnym obrońcą brzegów.

3. Szczecin w tle: miasto, które zmienia znaczenie Oderbergu

Szczecin pojawia się w tekście kilkakrotnie i za każdym razem jego obecność ma znaczenie polityczne.

Najpierw występuje jako ośrodek księstwa pomorskiego. W opisie bitwy z 18 sierpnia 1349 roku autor pisze o starciu Pomorzan z Brandenburczykami. Książę szczeciński Barnim III wysłał przeciwko margrabiemu brandenburskiemu Ludwikowi I liczniejsze siły. Pomorzanie zwyciężyli i po raz drugi zniszczyli warownię na Albrechtsbergu.

Ten fragment jest szczególnie ważny dla szczecińskiej perspektywy, bo pokazuje Szczecin nie jako późniejsze pruskie miasto portowe, lecz jako centrum polityczne Pomorza, którego władcy aktywnie walczyli z Brandenburgią o wpływy nad Odrą i pograniczem.

Drugi ważny moment dotyczy roku 1637, kiedy umiera ostatni książę pomorski Bogusław XIV. Zgodnie z układem grimnickim Brandenburgia rościła sobie prawa do Pomorza po wygaśnięciu dynastii Gryfitów. Autor przypomina, że elektor brandenburski miał wówczas powody, by obawiać się różnych stron konfliktu i wzmacniał twierdzę w Oderbergu. W tle znów jest Pomorze, Szczecin i pytanie, kto będzie panował nad dolną Odrą.

Trzeci i najważniejszy szczeciński moment przychodzi po pokoju westfalskim i po wojnach brandenbursko-szwedzkich. Szwedzi otrzymują Szczecin i Pomorze Przednie, co sprawia, że stosunki brandenbursko-szwedzkie pozostają napięte. Oderberg zachowuje znaczenie jako twierdza osłaniająca brandenburskie interesy wobec szwedzkiego Szczecina.

Dopiero pokój sztokholmski z 21 stycznia 1720 roku zasadniczo zmienia sytuację. Szczecin przechodzi do Prus. Król Fryderyk Wilhelm I kupuje miasto od Szwecji za dwa miliony talarów i natychmiast rozpoczyna tam budowę wielkich fortyfikacji. W tym momencie Oderberg traci dotychczasową funkcję. Skoro Szczecin jest już pruski i staje się potężną twierdzą, mniejsze umocnienia frontowe wobec miasta tracą sens.

To najważniejsza konkluzja dla Szczecina: wzrost strategicznego znaczenia Szczecina oznaczał spadek znaczenia Oderbergu. Oderberg był potrzebny, gdy dolna Odra i Szczecin były przedmiotem rywalizacji. Kiedy Szczecin znalazł się w rękach Prus i został rozbudowany jako wielka twierdza, Bärenkasten stał się militarnie zbędny.

4. Oderberg jako punkt brandenbursko-pomorskiego napięcia

Tekst dobrze pokazuje, że Oderberg leżał w miejscu, gdzie ścierały się interesy kilku sił: Brandenburgii, Pomorza, Meklemburgii, Szwecji, później Prus. Nie była to więc prowincjonalna warownia bez większego znaczenia, lecz punkt kontroli nad newralgicznym odcinkiem pogranicza.

Autor przypomina, że po wygaśnięciu dynastii askańskiej w Brandenburgii doszło do walk między Meklemburgią, Pomorzem i Brandenburgią. Właśnie te spory miały być jednym z impulsów do budowy twierdzy na wyspie odrzańskiej. Brandenburczycy potrzebowali trwałego punktu militarnego, który chroniłby ich interesy wobec Pomorza i umożliwiał kontrolę nad ruchem na rzece.

W XV wieku, już pod rządami Hohenzollernów w Brandenburgii, Oderberg pozostawał silnym oparciem wojskowym w sporach z Pomorzem. Autor wspomina, że w 1429 roku w twierdzy znajdowało się 30 kusz i kilka dział, z których najcięższe ważyło około 18 cetnarów. To pokazuje, że była to realna placówka militarna, nie tylko symbol panowania.

Uspokojenie nastąpiło dopiero po układzie w Grimnitz z 1529 roku, gdy Brandenburgia uznała status Rzeszy dla Pomorza, a Pomorze uznało brandenburskie prawa sukcesyjne na wypadek wygaśnięcia dynastii książąt pomorskich. Wtedy znaczenie twierdzy słabnie, a umocnienia częściowo niszczeją.

5. Wojna trzydziestoletnia: Oderberg, Szwedzi i cień Szczecina

Najbardziej dramatyczna część tekstu dotyczy wojny trzydziestoletniej. Oderberg został wówczas ponownie wzmocniony, a w 1637 roku w twierdzy znajdowało się 180 żołnierzy pod dowództwem kapitana Balthasara Kunitza.

Autor podkreśla, że w 1637 i 1639 roku Szwedzi oblegali Oderberg, ale nie zdołali zdobyć twierdzy. Mury miały miejscami do trzech metrów grubości i do ośmiu metrów wysokości. Szwedzi ostrzeliwali fortecę, używali moździerzy, próbowali ataku z rzeki, lecz skuteczność tych działań była niewielka. Zniszczeniu uległo natomiast miasteczko Oderberg. Według tekstu od 1639 do 1645 roku nie było tam mieszkańców.

Ważny jest tu kontekst szczeciński. Jeden z dowódców szwedzkich, David von Drummond, miał być później gubernatorem Szczecina. To drobna wzmianka, ale pokazuje sieć powiązań: Oderberg był atakowany przez siły związane z tą samą szwedzką obecnością, która po pokoju westfalskim utrwaliła się w Szczecinie i na Pomorzu Przednim.

Szczecin po 1648 roku pozostawał w rękach szwedzkich, a Brandenburgia otrzymała Pomorze Tylne. Oznaczało to, że dolna Odra stała się przestrzenią napięcia między Brandenburgią a Szwecją. Oderberg był jednym z punktów tej większej układanki.

6. Löcknitz, Oderberg, Szczecin: system twierdz na pograniczu

Tekst ciekawie łączy Oderberg także z Löcknitz. W czasie wojny brandenbursko-szwedzkiej 1675–1679 komendant twierdzy Löcknitz, Jost Sigismund von Götz, skapitulował przed Szwedami 12 maja 1675 roku i uzyskał prawo odejścia do Oderbergu. Jego 150 ludzi pozostało tam, a on sam został później postawiony przed sądem wojennym i rozstrzelany.

To pokazuje, że twierdze w regionie nie funkcjonowały osobno. Oderberg, Löcknitz, Küstrin i Szczecin tworzyły pewien łańcuch militarny nad Odrą i na pograniczu brandenbursko-pomorskim. Jedne umocnienia wspierały drugie, obsady były przenoszone, a znaczenie poszczególnych punktów zależało od tego, kto aktualnie kontrolował Szczecin i Pomorze.

Po odbiciu Löcknitz przez elektora brandenburskiego w 1676 roku twierdza otrzymała do 1679 roku załogę z Oderbergu. To kolejny dowód, że Oderberg był nie tylko lokalnym punktem obronnym, ale częścią regionalnego systemu wojskowego.

7. Upadek twierdzy: kiedy Odra zmienia bieg gospodarczy

Bardzo interesujący jest finał tekstu. Upadek Bärenkasten nie wynika jedynie z pokoju politycznego. Wynika także ze zmiany infrastruktury i przepływów gospodarczych.

Po przejęciu Szczecina przez Prusy w 1720 roku twierdza traci znaczenie militarne. Działa zostają spławione tratwami do Szczecina, arsenał zostaje opróżniony. Ale autor dodaje jeszcze jeden ważny czynnik: odbudowę Kanału Finow w latach 1744–1746 oraz budowę kanału odrzańskiego między Güstebiese i Hohenwutzen według planów Holendra van Haerlena. Te prace sprawiły, że Stara Odra zaczęła powoli zamulać się i tracić dawne znaczenie.

To jest kluczowy fragment dla rozumienia Odry. Rzeka nie jest stała. Jej znaczenie zależy od regulacji, kanałów, zmian hydrotechnicznych, przesunięć transportu i decyzji państwa. Oderberg musiał się „wymyślić na nowo” gospodarczo. Autor pisze, że miejscowość stała się ważnym punktem przeładunku drewna, a na terenie dawnej twierdzy powstało przedsiębiorstwo budowy statków.

W tym sensie historia twierdzy zamienia się w historię transformacji: od militarnej kontroli rzeki do gospodarki rzecznej, drewna, przeładunku i stoczni.

8. Szczecin jako beneficjent pruskiej centralizacji

Z punktu widzenia Szczecina szczególnie ważny jest moment, w którym armaty z Oderbergu zostają przewiezione tratwami do Szczecina. To mocny obraz: dawna lokalna twierdza oddaje swoje uzbrojenie większemu centrum nad Odrą.

Szczecin po 1720 roku zostaje włączony do Prus i natychmiast otrzymuje nowe, wielkie fortyfikacje. Państwo pruskie przesuwa więc ciężar strategiczny na Szczecin. Oderberg zostaje zredukowany, Szczecin rośnie. Lokalna twierdza traci sens, ponieważ militarna logika Odry zostaje skoncentrowana w dużym mieście portowym.

Można powiedzieć, że tekst Meviusa opisuje jeden z etapów długiego procesu, w którym Szczecin staje się głównym pruskim punktem nad dolną Odrą, a mniejsze ośrodki rzeczne zostają podporządkowane jego funkcji albo wypchnięte na margines.

9. Co z tego wynika dla historii Szczecina i Odry?

Z perspektywy Szczecina tekst pióra Dietricha Meviusa ma kilka wartości.

Po pierwsze, przypomina, że Szczecin nie był od początku „naturalnie” pruskim miastem nad Odrą. Był przez długi czas częścią polityki pomorskiej, potem szwedzkiej, a dopiero w XVIII wieku stał się głównym pruskim punktem strategicznym na dolnej Odrze.

Po drugie, pokazuje, że znaczenie Szczecina rosło w relacji do innych twierdz i miast odrzańskich. Oderberg, Küstrin, Löcknitz, Hohenwutzen i inne punkty tworzyły system, w którym każda zmiana polityczna wokół Szczecina wpływała na sens pozostałych miejsc.

Po trzecie, tekst dobrze pokazuje, że Odra była nie tylko rzeką handlową, ale także rzeką wojenną. Kontrolowano ją z zamków, ostrzeliwano z bastionów, próbowano atakować tratwami, spławiano nią działa, zmieniano jej bieg kanałami.

Po czwarte, można z tego wyprowadzić szerszą tezę: historia Odry to historia przesuwania się władzy. Raz decydowała warownia na wyspie, raz zamek na wzgórzu, później kanał i stocznia, a w dalszej port i wielka twierdza w Szczecinie.

Mury obronne i zamek w Löcknitz

Opracowanie tego materiału to kilkanaście godzin. Jego weryfikacja — niewiele mniej. Ale dostępność źródeł — to już osobna kwestia.

Kiedy piszę to podsumowanie, na usta ciśnie się szpetne słowo. Ale zaraz za nim przychodzi beztroskie wzruszenie ramion. Dlaczego tak zlekceważyliśmy wręcz odwieczny obowiązek dbania o pamięć, a z drugiej — dlaczego z taką łatwością godzimy się na bezkarność powyższej praktyki.

Zawsze unikałem taniej pedagogiki. A tym bardziej agitacji dla samej agitacji. Zanim jednak sformułuję mój wniosek końcowy, przywołam chwilę, gdy bodaj w 1983, może następnego roku, trafiłem — w sposób wymagający absolutnie odrębnego opisania — do twierdzy szlisselburskiej. Tak, na Newie, daleko od miasta, w obszarze militarnie tajnym, z licznymi ogłoszeniami i ostrzeżeniami: „Иностранцам вход запрещён” — innostrancam wchod zaprieszczon.

Trafiłem do jednego z najcięższych więzień politycznych imperium rosyjskiego, gdzie po procesie I Proletariatu osadzono Ludwika Waryńskiego i gdzie zmarł w 1889 roku. Nie miał dla mnie wtedy, jak i teraz, znaczenia wyłącznie kontekst polityczny. Ale — polski, nawet patriotyczny. Trafiłem do miejsca kaźni Polaka. Krew intensywniej zaczęła krążyć. Pamiętałem czytanki, teksty z podręczników historii. Tak, nacechowane ideowo, ale do świadomości szkolniaka przemawiał los Polaka.

Szczecin, Löcknitz, Oderberg czy Schwedt… Nie dają się pod względem emocjonalnym porównać nawet z twierdzą w Szlisselburgu, bo tu nie ma nas, naszych przodków w historycznym ujęciu natywnym. My, ze Szczecina, nie mamy tu naszych cmentarzy i przodków. Istnijemy, jak te tratwy z armatami, z cumą w ręku, której nie mamy gdzie rzucić. I rzeka czasu coraz bardziej oddala nas od nawet w tym tekście wspomnianych akcentów polskich: Chrobry, Krzywousty. To za daleko.

Więc co robić? Pomysł mam, opiszę go niebawem, ale dziś powiedzieć mogę to, co udokumentuję później — nie mamy wyboru. Nie możemy nie mieć swoich początków. Nie wolno nam dopuścić, by z nurtem rzeki spłynęły nasze wątłe, zazwyczaj bezimienne rodowody. Tym bardziej dziś, w chwili, gdy pozycja Szczecina nie była nigdy tak mocna w historii. Szczecin ma obowiązek przejęcia na siebie funkcji przywódczych.

Słyszę, że zaraz, za chwilę, na Zamku będą ćwiczone iluminacje świetlne.

Oto znak czasu. Zamieniamy to miasto w wesołe miasteczko. W lunapark. Za miliony bezkarnie wydawane na zaspokojenie próżności właściwie jednego człowieka.

System jest tak zdegenerowany, że pozwala na szastanie milionami. Po ponad setce milinów na całe lata trwającego remontu Zamku — kolejne dziesiątki pójdą na naprawę zamkowego dziedzińca. A ja pytam — dlaczego doszło do zniszczenia dziedzińca? Kto go zniszczył? Kto „nie zauważył” tego faktu, a teraz — olśniony potrzebą nowego blichtru w mediach — łamie głos, ale iskrzy wzrok z okrzykiem: naprawimy! Psujom zapłacimy, by naprawili wyrządzone nam szkody. A co ze słowiańskimi łodziami zakopanymi pod dziedzińcem? Nic Państwo nie wiedzą? Temat goni temat… Miesięcznik TVSiódemka, jak Szczecin, nie może umrzeć.

Miasto miało swoje etapy rozwoju. Bywało mocniejsze i słabsze, bardziej oczywiste i bardziej peryferyjne, raz zależne od cudzych decyzji, raz zdolne narzucać własną logikę otoczeniu. Ale dziś Szczecin nie zostawia właściwie żadnych wątpliwości: w tej części ujścia Odry nie ma konkurencji.

I właśnie dlatego opowieści takie jak teksty Dietricha Meviusa powinny być dla Szczecina paliwem. Nie dlatego, że są „nasze” w prostym, rodzinnym, cmentarnym sensie. Te nazwy, te imiona, te wojny, te roszczenia dynastyczne, ci margrabiowie, elektorzy, szwedzcy dowódcy i brandenburscy urzędnicy — oni nie byli nasi. Nie wychodzili z naszych domów. Nie leżą pod naszymi nagrobkami. Nie tworzą ciągłości, którą można byłoby przyjąć bez drżenia ręki jako własną rodzinną opowieść.

Ale historia miejsca nie zawsze potrzebuje aktu urodzenia. Czasem wystarcza rozumienie procesów.

Procesów, które tu działały. Przedsięwzięć, które tę przestrzeń kształtowały. Zabiegów, dzięki którym rzeka stawała się osią władzy, handlu, wojny, transportu, ambicji i państwowego rachunku. Jeżeli te imiona i nazwy nie są nasze, to skutki ich działań są już częścią miejsca, w którym żyjemy. A miejsce, w którym żyjemy, nie może być dla nas cudze tylko dlatego, że jego wcześniejsi mieszkańcy mówili innym językiem i modlili się nad innymi grobami.

Nie wystarczy więc panować nad ujściem rzeki z mocy współczesnej mapy, urzędowego podziału i samorządowej ambicji. Trzeba jeszcze mieć do tego mandat wyobraźni, wiedzy i pamięci. A ten mandat Szczecin musi sobie dopiero wypracować.

Nie iluminacją świetlną na murach, które, jak zakneblowane, nie śpiewają chwały i klęski minionych pokoleń.

Mandat bierze się z nauki, z badań, z cierpliwego studiowania poprzedników, z rozumienia portu, ujścia, zaplecza, miasta i jego geograficznego przeznaczenia. Jeśli gdzieś można byłoby na nowo przeczytać klasyczne myślenie o mieście morskim, o położeniu, handlu, dostępie do świata i odpowiedzialności wspólnoty za własne miejsce, to właśnie tutaj. Nawet Cyceron, gdy w traktacie „O państwie” pisał o mieście otwartym ku morzu, o korzyściach i niebezpieczeństwach takiego położenia, znalazłby tu materiał do ćwiczenia swoich pojęć.

Ale my mamy własnych filozofów. Bardziej roztropków niż koryfeuszy. Dla nich najważniejszy jest blichtr i iluminacja na Zamku, który jak okręt widmo nie ma na baszcie swojej bandery.

Uniwersyteccy historycy, studenci, placówki badawcze — milczą. Albo swoim autorytetem zatwierdzają tak koszmarne wydawnictwa o Szczecinie jak „Najdalsza Polska”.

W istocie Polska nigdy wcześniej nie była od Szczecina bardziej oddalona niż teraz, jeśli przez Polskę rozumieć nie granicę państwa, lecz żywą, rozumną, własną opowieść o miejscu.

W Muzeum Narodowym nie prowadzi się żadnych badań nad dziejami morskimi miasta. Tam, gdzie powinny wyrastać magazyny portowe pamięci, dokumentacji, badań, map, modeli, archiwów i opowieści o porcie, stoczniach, żegludze i gospodarce morskiej, zbudujemy najdroższy teatr w Europie.

Tak więc: ujrzeć Szczecin i…

Nie umrzeć.

Zaniemówić.

Bo takiego dziwadła nigdzie nie znajdziecie: miasta, które panuje nad ujściem wielkiej rzeki, ale nie umie opowiedzieć, dlaczego ma do tego prawo. Miasta, które mogłoby mieć jedną z najciekawszych opowieści rzecznych i morskich w Europie, a woli podświetlić dziedziniec gwiazdkami i śnieżynkami. Miasta, które stoi przy rzece, ale wciąż zachowuje się tak, jakby była dekoracją, a nie jego najpoważniejszym argumentem.

Dodaj komentarz