Odeszłam.
Zostawiłam mojego Kotka.
We wtorek? Zaraz, co dzisiaj… Nie, w środę. Tak. Nie!!! Bzdura. W piątek! Jak mogłabym odejść nieuczesana. Fryzjera mam zawsze w piątek.
Więc — odeszłam w piątek. Chyba że fryzjer nie miałby dla mnie miejsca… Ale nie, nie. Ja odchodzę zawsze w piątki.
Dla porządku tylko dopowiem — we wtorki mam hybrydę…
Teraz jestem tutaj.
Zaczęłam nowe życie.
Jestem wolnym człowiekiem. Nic i nikt nie może mnie ograniczać.
Chcę robić i myśleć to, co chcę.
Pełna wolność.
Rano — paciorek i szybki makijaż. Potem śniadanko, szybka gimnastyka, mycie połowy okna, ustawienie książek jednak od Z do A, przestawienie garnków z górnej na dolną półkę, przetarcie lustra, pełny makijaż i garderoba. Kawa — zaraz po przewieszeniu obrazów, przestawieniu lampy na drugą stronę fotela… A co to? Skąd ta plama? Nie. Do prania!
Katastrofa. A miał być taki luksus.
Co? Telewizor ustawili tak, że jakbym chciała wieczorem coś obejrzeć, to musiałabym chyba wyjść na balkon i stamtąd oglądać… odbicie obrazu w lustrze w przedpokoju.
Uf… Przestawiłam wszystko. Dobrze, że zrobiłam zdjęcie pokoju, jak tylko tu weszłam. No. Teraz to jest zupełnie, ale to całkowicie inny pokój.
O! Woda do prania serwetki się przelewa. Ale będę jedną serwetkę prała? Wrzucę spodnie i szalik. Te tenisówki też swoją bielą mnie nie oślepiają…
Katastrofa. Gdzie nie spojrzeć — katastrofa! Jak ja mam to wszystko ogarnąć! Ja — przypominam — odeszłam!
Nie ma mnie. Także tu, gdzie jestem.
Nieobecna.
Ale goła siedzieć przecież nie będę. Co ja mam na siebie włożyć?
To? A co to, jak bezdomna jestem? Albo to? Od razu na ulicy policję by wezwali, że jakaś obłąkana tu chodzi…
Ja nie mam co na siebie włożyć.
Nie będę przecież w samej perle od Kotka chodzić.
Ładna, nie? Trochę mała. Chciałam mu zasugerować, że może… Ale nie wiem, czy większą, czy może dwie?
On taki mało domyślny. Bardziej rozrzutny niż precyzyjny.
Coś mi ostatnio pisał o… zaraz… „serduszko, a w środku dwie perełki”? Nie. Dwie perełki i serduszko?
Te jego metafory… Kup jedno i drugie. A potem się będziemy martwić. A tak — wybiorę jedno, to będę żałowała, że nie to drugie.
Stoi i patrzy.
— Tu jestem — wołam, omal nie łamiąc sobie karku, patrząc na tę wieżycę.
— Wiem, czuję…
Spostrzegłam dopiero w tej chwili, że nadepnęłam na jego lewą stopę.
— Nawet nie myśl o tym… — wycedziłam przez zęby, zsuwając się niepostrzeżenie z tej nożnej katapulty.
Tak. Tak, on tak właśnie myśli. Że mnie wystrzeli, ekspediuje, rozkręci, wypoziomuje… Do technikum chodził. Ponoć dobre. Otóż — za dobre! Mogłoby być trochę gorsze, bardzo proszę?
Chyba ze dwadzieścia lat temu powiedział mi, że jak mu też tak nadepnęłam, to chciał mną odbić 50 kapek. Nie miałam pojęcia, co to są kapki. Ale jak się po kilku dniach dowiedziałam. Jak ja się dowiedziałam. Jak ja zrozumiałam tę podłość natury, to… to…
— Przecież ja bym cię zabiła. Gdybym od razu wiedziała, co to są te kapki.
— Umrzeć z twojej ręki to marzenie.
Kiedyś, jak pierwszy raz mi tak powiedział, byłam nawet usatysfakcjonowana. Nie powiem, dostrzegłam, że zbrodnia może mieć również piękne strony.
Ale oczywiście sprowadził mnie na ziemię.
To znaczy sam się wywalił na dywan jak długi. I leży w ostatnich podrygach. I udaje, że ja, niby ja taka przerażona, przestraszona, rzucić miałabym się na niego, wołając: Oj, Kotku, kotku, mój malutki kotku, nie odchodź, to nie tak, jak myślisz, ja tylko tak chciałam lekko, kurczę, a wyszło chyba za mocno, już, już, no proszę, no, no…
Tu osiągam minusowe ekstremum. I łączę się ze świadomością godności. Przestawiam wajchę i pędzę do przodu na wstecznym.
Ja? Ja miałabym się przyznać do błędu? Chyba tego, że nie trafiłam na tyle skutecznie, by sprawę załatwić definitywnie. Ja miałabym obcmokiwać, obłapywać, obejmować i obtulać? A co to ja, piekarka jakaś jestem, co pączki lepi? Bigos lubię. Ostrą gulaszową przedkładam nad mdłe rozwijane zawijasy.
A wtedy on, mój Kotek, napasłszy się porcją dodatkowych karesów, zwraca mi je wszystkie, co do ostatniego muśnięcia.
No… Wiem… Liczyłam.
Jestem tak uparta i nieprzejednana, że żadnych kredytów, odroczonych świadczeń emocjonalnych ani rat — nie udzielam. Wszystko albo… wszystko. A co ja, Hamlet jestem? Gość mógł ludziom wodę z mózgu robić; a to tak, a to siak. Nie ma ani tak, ani siak. Ma być tu, zaraz, natychmiast, wszystko i od razu.
Boże, miałam odpoczywać. Siedzę tu tydzień. Poddaję się zintegrowanej integracji. Oczyszczam. Rano rzucam okiem, czy coś mi wysłał. Potem tuż przed obiadem. Rzadko przed kolacją. A po pierwszym dniu to nawet przez półtorej doby nie zaglądałam na kotkowy avatar. Tak nas tu krótko trzymają.
Wczoraj poezję mi przysłał. Po angielsku.
Tak mnie tym Camusem zdenerwował. I co z tego, że ładnie mówił. Mój Kotek też ładnie mówi. Nawet bardzo. A ten Camus to tylko po francusku. I krótko po tym ładnym mówieniu — fiju-li-ju-fit! — poleciał… do nieba. A ja sobie nie życzę. Wypraszam i wymawiam. Do mnie mówione ma być cały czas. Ale nie za długo. Nie lubię poetów nudziarzy.
Poeta powinien więcej umieć niż chcieć.
Kotek umie.
Za rzadko. To prawda. Pod tym względem jest mało zdolny.
No.
Więc tak się sprawy mają.
A nie, nie… Odchodziłam od niego już wiele razy. Myślę, że się nawet przyzwyczaiłam.
On? Nie. On zawsze moje odejścia traktuje w sposób niepoważny. Pod tym względem jest mało pomysłowy.
Pierwszy raz, gdy się pakowałam, przyniósł mi kartkę. Pomyślałam, no dobrze, dobrze, będzie przemawiał… A on mi na kartce narysował kółko i — tak jak dzieci w przedszkolu rysują słońce — nabazgrolił różne kreski i ponapisywał przy nich nazwy sąsiednich ulic. A pod spodem była „legenda” — Mapa poszukiwaczki skarbu.
Pokazałam palcem na to kółko w środku i spojrzałam mu prosto w oczy.
Nie podniósł ich. Tylko pokiwał głową.
Przecież od niego nawet na poważnie odejść nie można.
Wczoraj przysłał mi zdjęcie. Przedwczoraj filmik. Ciekawe, co przyśle dziś?
O. Ktoś puka do drzwi?
Nie… Nie! To niemożliwe. To wprost niedopuszczalne.
— Nie po to odchodziłam, żebym miała przychodzić! — wydarłam się na cały głos.
Cisza.
O Boże. Przestraszyłam go?
Kotku… Kotku…
Podchodzę do drzwi. Nasłuchuję.
Ani szmeru…
Nie. Chyba mi się przesłyszało.
Nikt nie pukał.
Poza tym on nie wie, że ja jestem tu, gdzie miałam być rok temu, ale wtedy było za drogo, więc…
Przekręciłam delikatnie klucz w zamku.
Odsunęłam się w prawo, żeby detonacja uczuć nie wywiała mnie razem z tymi drzwiami, niczym surferkę na pobliskie jeziorko.
Serce wali mi jak młotem. Już się wkurzam. Nie po to mam serce, żeby mi waliło. I to jak młotem.
Stanęłam w drzwiach. Jak John Wayne z ręką gotową do sięgnięcia po spluwę i pach, trach, mach, ciach…
Otworzyłam drzwi.
…
Na wycieraczce leżało małe coś. Torebka? W niej woreczek przewiązany czerwoną nitką, a właściwie sznurkiem. Wyjęłam zawiniątko, rozwinęłam papier, otworzyłam pudełko, wysunęłam trzy styropianowe puzle, takie jak ostatnio widziałam u Kotka na biurku, odsunęłam jedwabną chusteczkę, jak do przecierania okularów, potem szeleszczący papierek jak od cukierka. Nie, nie od cukierka. Od tych tabletek na zgagę. I wtedy zobaczyłam… klucz.
Do domu.
O mój ty Boże.
Odeszłam, a nie zabrałam klucza?
To jak ja miałabym wrócić?
No, no… Przecież ja przez niego postradam zmysły!
On by tak zrobił. Poszedłby bez klucza. On tak. On mógłby nawet drzwi za sobą nie domknąć. Przecież on nie wie, że drzwi służą do zamykania.
Ale ja?
Ja miałabym odejść bez klucza?
Nie. Nie można na żadnym facecie polegać. Mówi, że kocha, że wszystko i w ogóle.
No niech mi ktoś powie. Jak ja mogę powierzyć swoją najcenność człowiekowi, który pozwala mi odejść — bez klucza do domu?
Gdzie logika, gdzie sens, przynajmniej na miarę posiadanych środków. Uczuciowych!

Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
















Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.